Zbliżają się święta, są już praktycznie za rogiem, a ja czuję że stoję w miejscu - i dosłownie i w przenośni.
Zakończyłam właśnie jeden z dość ciężkich etapów mojego życia, który mocno dawał mi w kość i obciążał moją psychikę, nie dając żyć bez poczucia strachu - strachu o przyszłość moją jak i najbliższych.
Niestety strach jeszcze jest wraz z obawą jak będzie dalej i jakie będą skutki mojej decyzji.
Tak, uporządkowałam w końcu tą swerę dotyczącą mojego zdrowia.
To nie byla łatwa decyzja, ale mimo wszystko czuję ulgę - a jeszcze większą poczuję dopiero wtedy, gdy ujrzę wyniki badań histopatologicznych- wtedy tak na prawdę będę mogła odetchnąć- bo oczywiście optymistycznie zakładam, że nic złego w nich nie przeczytam.
Powoli dochodzę do siebie fizycznie, co mnie niezmiernie cieszy aczkolwiek psychicznie nie jestem do końca gotowa by to ogarnąć umysłem.
Niedługo wypuszczą mnie ze szpitala, myślę więc, że jak zajmę się w miarę możliwości przygotowaniami to i do "nowości" zdążę przywyknąć.
Kiedy tak przebywa się z dala od bliskich ma się bardzo dużo czasu na przemyślenia i podsumowania.
W sam raz zbiega się to w czasie z Nowym Rokiem, więc ja już pewne postanowienia i plany noworoczne poczyniłam - teraz tylko czeka mnie trudna realizacja wyżej wspomnianych postanowień.
I powiem Wam, że mimo wszystko takie wyjście z obiegu choć na chwilę ma też swoje plusy.
Bardzo szybko zarysowyje się obraz ludzi, na których na prawdę można polegać, którzy pamiętają, modlą się, myślą i są blisko....mimo, że jednak daleko.
To bardzo budujące, że są jeszcze przy mnie takie osoby, które trwają ze mna mimo wszystko i bezinteresownie....czasem jednak jest też smutno i przykro, że zabrakło tych, w których zawsze pokładałam nadzieję.
Życie jednak potrafi szybko zweryfikować sytuację.
Tak czy inaczej, jestem bardzo szczęśliwa, że mam przy sobie tak wspaniałych znajomych i bliskich, którzy jednak o mnie nie zapomnieli i mnie wspierali...ba....w pewnym momencie miałam problem by wszystkim w miarę szybko odpisać.
Bardzo dziękuję, że jesteście, bo nie ukrywam, że byłam trochę przerażona ostatnimi wydarzeniami , które spadły na mnie jak lawina - ale cieszę się, że mam to już za sobą.
Na horyzoncie święta.
Moje, choć jeszcze nie przygotowane zamierzam spędzić bardzo rodzinnie, nie zwracając uwagi na bałagan w szafach, ktorego nie zdążyłam posprzątać przed szpitalem, na niedopucowane zakamarki, niedomyte okna i wiele innych...
Najważniejsze, że w tym roku znów jesteśmy razem - Bog się narodzi bez względu na to czy wyszoruje perfekcyjnie wannę czy moje okna będą bez smug.
Ważne, że nadal tu jestem, że żyję i że mogę spędzić ten czas z najbliższymi, za którymi tęskniłam i tęsknię nadal będąc TU ponad 100km od domu.
A dla Was kochani życzę przede wszystkim dużo zdrowia i miłości - bo resztę możemy wypracować sami.
poniedziałek, 17 grudnia 2018
czwartek, 1 listopada 2018
Wyjątkowy dzień
Dziś dzień 1 listopada -dzień zadumy, czasem smutku -dla mnie jak co roku dzień przystanku, zastanowienia się, refleksji.
W tym dniu nie zawsze wspominam samych zmarłych mi bliskich, ale myślę też nad tymi, których jeszcze mam przy sobie.
Zawsze zastanawiam się czy oby na pewno wszystko dla nich zrobiłam, wszystko powiedziałam, wszystko załatwiłam -by w razie gdyby móc sobie spojrzeć prosto w twarz, bo potem bardzo ciężko żyje się z takim kamieniem-a bardziej głazem wyrzutów sumienia.
Oczywiście zawsze można myśleć, że zrobiło się za mało za późno, za słabo.... ale ważne, że jednak się zrobiło.
Zbyt rzadko niestety mówimy sobie prawdę w oczy, zbyt rzadko mówimy o uczuciach i to nie tylko o uczuciach do najbliższych: męża/żony, dzieci, rodziców ale również do przyjaciół znajomych -i nie chodzi tu wcale tylko o te uczucia dobre ale i również te złe -nie jesteśmy szczerzy w uczuciach-wolimy fałszywie się uśmiechać niż dać z siebie odrobinę szczerości -bo szczerość w tych czasach się nie opłaca-zbyt dużo się na niej traci, wymaga za dużo wysiłku a my nie lubimy się wysilać-my wymagamy -ale nie dajemy nic w zamian.
Zbyt mało chwalimy siebie na wzajem i komplementujemy -a z mówieniem i robieniem sobie złośliwości już nie mamy problemu..
Nie doceniamy siebie za życia a potem żałujemy.
Nie szanujemy siebie samych i innych skupiając się na własnych potrzebach, na własnej doli i niedoli nie zauważając w tym drugiej osoby.
Można dzień w dzień mijać ludzi, którzy mogli by okazać się wspaniałymi kompanami naszego życia, ale jesteśmy tak zajęci swoim życiem i tak krótkowzroczni, że nie widzimy lub nie chcemy widzieć drugiego człowieka.
Czasem warto przystanąć..pochylić się na moment nad losem drugiej osoby -bo może się okazać, że da to cudowne owoce...
Czasem wystarczy tylko parę słów zainteresowania, wsparcia, a otrzymuje się tak wiele...
Ja przystanęłam.....Boże, jak bardzo Ci dziękuję, że nie poszłam dalej.
Dziś szczególnie pamiętamy o zmarłych....naszych bliskich ale i tych dalekich.
Ja wspominając dziś Tomasza cały dzień dziś nucę tę piosenkę...
...pamiętajmy jednak, że mamy jeszcze na ziemi naszych bliskich i róbmy wszystko, byśmy kiedyś - oby jak najdalej- w któreś święto 1 listopada mieli dużo ale tych pozytywnych wspomnień...
W tym dniu nie zawsze wspominam samych zmarłych mi bliskich, ale myślę też nad tymi, których jeszcze mam przy sobie.
Zawsze zastanawiam się czy oby na pewno wszystko dla nich zrobiłam, wszystko powiedziałam, wszystko załatwiłam -by w razie gdyby móc sobie spojrzeć prosto w twarz, bo potem bardzo ciężko żyje się z takim kamieniem-a bardziej głazem wyrzutów sumienia.
Oczywiście zawsze można myśleć, że zrobiło się za mało za późno, za słabo.... ale ważne, że jednak się zrobiło.
Zbyt rzadko niestety mówimy sobie prawdę w oczy, zbyt rzadko mówimy o uczuciach i to nie tylko o uczuciach do najbliższych: męża/żony, dzieci, rodziców ale również do przyjaciół znajomych -i nie chodzi tu wcale tylko o te uczucia dobre ale i również te złe -nie jesteśmy szczerzy w uczuciach-wolimy fałszywie się uśmiechać niż dać z siebie odrobinę szczerości -bo szczerość w tych czasach się nie opłaca-zbyt dużo się na niej traci, wymaga za dużo wysiłku a my nie lubimy się wysilać-my wymagamy -ale nie dajemy nic w zamian.
Zbyt mało chwalimy siebie na wzajem i komplementujemy -a z mówieniem i robieniem sobie złośliwości już nie mamy problemu..
Nie doceniamy siebie za życia a potem żałujemy.
Nie szanujemy siebie samych i innych skupiając się na własnych potrzebach, na własnej doli i niedoli nie zauważając w tym drugiej osoby.
Można dzień w dzień mijać ludzi, którzy mogli by okazać się wspaniałymi kompanami naszego życia, ale jesteśmy tak zajęci swoim życiem i tak krótkowzroczni, że nie widzimy lub nie chcemy widzieć drugiego człowieka.
Czasem warto przystanąć..pochylić się na moment nad losem drugiej osoby -bo może się okazać, że da to cudowne owoce...
Czasem wystarczy tylko parę słów zainteresowania, wsparcia, a otrzymuje się tak wiele...
Ja przystanęłam.....Boże, jak bardzo Ci dziękuję, że nie poszłam dalej.
Dziś szczególnie pamiętamy o zmarłych....naszych bliskich ale i tych dalekich.
Ja wspominając dziś Tomasza cały dzień dziś nucę tę piosenkę...
...pamiętajmy jednak, że mamy jeszcze na ziemi naszych bliskich i róbmy wszystko, byśmy kiedyś - oby jak najdalej- w któreś święto 1 listopada mieli dużo ale tych pozytywnych wspomnień...
niedziela, 21 października 2018
Refleksja.
Dziś natchnęłam mnie pewna refleksja, a może ciąg różnych refleksji.
Odkąd sięgam pamięcią zawsze chciałam bardziej, więcej i mocniej: więcej wiedzieć, być bardziej elokwentną, inteligentną, bardziej oczytaną, bardziej zdyscyplinowaną, obowiązkową, bardziej mądrą, więcej kochaną, bardziej akceptowaną...zawsze bardziej....
I tak sobie pomyślałam do czego mnie to tak na prawdę doprowadziło.
Jako dziecko nabawiłam się na własne życzenie przerostu ambicji nad treścią - pracowałam ze sobą i z całym tym otaczającym światem tak mocno, że zatraciłam swoisty umiar i wyeksploatowałam siebie samą do tego stopnia, że zamiast się cieszyć i czerpać radość , czuć pewną dumą z dotychczasowych osiągnięć, sukcesów małych i dużych - to ja albo ich nie zauważałam albo czułam tylko beznadzieję i niedosyt - bo zawsze przecież znalazła się osoba, która umiała coś lepiej, była lepsza niż ja.
Wszystkie moje umiejętności, które de facto są i tak duże (realnie na to patrząc) zawsze w moich oczach przybierały formę mikroskopijną.
Ciągle czułam niedosyt i przekładało się to nie tylko na sferę poznawczą ale również i tą emocjonalną.
Przez sam fakt, iż osobiście stawiam sobie poprzeczkę bardzo wysoko to idąc tym samym wzorcem stawiam ją również i innym osobom, a w praktyce zawsze wyglądało to tak, że jeśli wchodziłam kiedykolwiek w jakieś międzyludzkie relacje dawałam z siebie 100% i tego samego oczekiwałam z drugiej strony, co w rezultacie dawało brzemienne skutki, bo nigdy z ręką na sercu nie spotkałam nikogo kto angażował się w relacje z tą samą intensywnością, a gdy już zrozumiałam, że coś jest jednak nie halo, zaślepiona samą chęcią bycia z kimś w relacji (czy damsko-męskiej czy damsko-damskiej) potrafiłam idealizować tą drugą stronę często sama przed sobą ją usprawiedliwiając.
Chyba nie tak powinny wyglądać zdrowe relacje prawda?
Teraz gdy jestem dorosłą kobietą, próbuję swoje ambicje chować głęboko w kieszeń, są jednak takie dni, gdzie to co "w kieszeni" zaczyna mnie przytłaczać i nie potrafię oddzielić co jest rzeczą naturalną w relacjach międzyludzkich a co przerostem moich oczekiwań i wyobrażeń, bo przecież każdy z nas ma całkiem inne wyobrażenie relacji i nie zawsze mój "schemat" musi się pokrywać ze "schematem" drugiej osoby.
Czasem boje się tylko, że nie będę potrafiła znaleźć granicy gdzie zaczyna się moja nadinterpretacja a gdzie ktoś po ludzku robi mnie w konia i nadużywa mojej "100 - procentowości" jak to było do tej pory.
Nie jest wcale łatwo pielęgnować relacje czy w domu, czy w pracy, czy takie zupełnie nasze prywatne gdy sami nie potrafimy znaleźć w sobie złotego środka: z jednej strony nie osaczać a z drugiej jednak dawać dużo z siebie, bo może druga osoba liczy na nas.
Tak sobie teraz pomyślałam, że czasem zamiast wnikać i zastanawiać się co by było dla mnie, dla nas wszystkich lepsze , korzystniej było by zainwestować w szczerą rozmowę - bo każda, nawet ta najtrudniejsza rozmowa przybliża nas i pomaga uniknąć wielu nieporozumień, bólu rozczarowania.
Zawsze lepiej w rozmowie wyznaczyć sobie pewną drogę niż iść nią na oślep.
Odkąd sięgam pamięcią zawsze chciałam bardziej, więcej i mocniej: więcej wiedzieć, być bardziej elokwentną, inteligentną, bardziej oczytaną, bardziej zdyscyplinowaną, obowiązkową, bardziej mądrą, więcej kochaną, bardziej akceptowaną...zawsze bardziej....
I tak sobie pomyślałam do czego mnie to tak na prawdę doprowadziło.
Jako dziecko nabawiłam się na własne życzenie przerostu ambicji nad treścią - pracowałam ze sobą i z całym tym otaczającym światem tak mocno, że zatraciłam swoisty umiar i wyeksploatowałam siebie samą do tego stopnia, że zamiast się cieszyć i czerpać radość , czuć pewną dumą z dotychczasowych osiągnięć, sukcesów małych i dużych - to ja albo ich nie zauważałam albo czułam tylko beznadzieję i niedosyt - bo zawsze przecież znalazła się osoba, która umiała coś lepiej, była lepsza niż ja.
Wszystkie moje umiejętności, które de facto są i tak duże (realnie na to patrząc) zawsze w moich oczach przybierały formę mikroskopijną.
Ciągle czułam niedosyt i przekładało się to nie tylko na sferę poznawczą ale również i tą emocjonalną.
Przez sam fakt, iż osobiście stawiam sobie poprzeczkę bardzo wysoko to idąc tym samym wzorcem stawiam ją również i innym osobom, a w praktyce zawsze wyglądało to tak, że jeśli wchodziłam kiedykolwiek w jakieś międzyludzkie relacje dawałam z siebie 100% i tego samego oczekiwałam z drugiej strony, co w rezultacie dawało brzemienne skutki, bo nigdy z ręką na sercu nie spotkałam nikogo kto angażował się w relacje z tą samą intensywnością, a gdy już zrozumiałam, że coś jest jednak nie halo, zaślepiona samą chęcią bycia z kimś w relacji (czy damsko-męskiej czy damsko-damskiej) potrafiłam idealizować tą drugą stronę często sama przed sobą ją usprawiedliwiając.
Chyba nie tak powinny wyglądać zdrowe relacje prawda?
Teraz gdy jestem dorosłą kobietą, próbuję swoje ambicje chować głęboko w kieszeń, są jednak takie dni, gdzie to co "w kieszeni" zaczyna mnie przytłaczać i nie potrafię oddzielić co jest rzeczą naturalną w relacjach międzyludzkich a co przerostem moich oczekiwań i wyobrażeń, bo przecież każdy z nas ma całkiem inne wyobrażenie relacji i nie zawsze mój "schemat" musi się pokrywać ze "schematem" drugiej osoby.
Czasem boje się tylko, że nie będę potrafiła znaleźć granicy gdzie zaczyna się moja nadinterpretacja a gdzie ktoś po ludzku robi mnie w konia i nadużywa mojej "100 - procentowości" jak to było do tej pory.
Nie jest wcale łatwo pielęgnować relacje czy w domu, czy w pracy, czy takie zupełnie nasze prywatne gdy sami nie potrafimy znaleźć w sobie złotego środka: z jednej strony nie osaczać a z drugiej jednak dawać dużo z siebie, bo może druga osoba liczy na nas.
Tak sobie teraz pomyślałam, że czasem zamiast wnikać i zastanawiać się co by było dla mnie, dla nas wszystkich lepsze , korzystniej było by zainwestować w szczerą rozmowę - bo każda, nawet ta najtrudniejsza rozmowa przybliża nas i pomaga uniknąć wielu nieporozumień, bólu rozczarowania.
Zawsze lepiej w rozmowie wyznaczyć sobie pewną drogę niż iść nią na oślep.
poniedziałek, 15 października 2018
Potrzeby serca nie oszukasz.
Nie wiem czy mam się witać ponownie czy po prostu witać jakby to był mój pierwszy raz, bo na pewno niewiele osób z "dawnych czasów" mnie tu odwiedza, a i nie bez powodu, bo zniknęłam tak bez słowa i wytłumaczenia.
Czas od tamtej pory przeleciał mi jak by minął tylko miesiąc, a tu tyle czasu, że zapomniałam jak przelewa się myśli na papier tudzież ekran ;-)
Cały ten okres zleciał mi na wychowywaniu mojego drugorodnego - Adama - jest na prawdę duża różnica w wychowywaniu Jasia a Adasia - i na dzień dzisiejszy to, oprócz pracy, zajmuje mi najwięcej czasu.
Chłopaki temperamentem różnią się diametralnie, mam wrażenie że doba mi się kurczy do minimum, a o czasie dla siebie już nie wspomnę.
Ostatnio mam fazę na dużo myślenia. Wiele zbiegów okoliczności, i osób, które stanęły w ostatnich miesiącach na mojej drodze utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie dam rady bez napisania od czasu do czasu paru zdań - no inaczej się uduszę.
Powiem Wam, że nie zdawałam sobie (do teraz) sprawy, jak czasem krótka wymiana zdań, i parę słów "między wierszami" potrafi zmienić całe podejście do drugiej osoby.
Na swojej drodze spotykam na prawdę bardzo dużo ludzi: jedni mnie bawią, drudzy wkurzają do bólu, jeszcze inny wzbudzają mój zachwyt, szacunek i szczególnie zasługują na jakąś uwagę, na chwilę zatrzymania, zastanowienia.
My ludzie mamy taką dziwną tendencje do oceniania ludzi na pierwszy rzut oka, nie raz wizja "pierwszego razu" zupełnie odbiega od rzeczywistości, czasem też w 100% trafiamy i nasza wizualizacja pokrywa się z oryginałem.
Ja już dawno zapomniałam jak to jest poznawać kogoś tak na prawdę i jak to jest dać siebie poznać od podszewki.
Mam ostatnio odczucie ogromnego zauroczenia osobą, na pozór całkiem wydawało by się odmienną od mojego temperamentu - i uwierzcie czy nie, pare zdań wymienionych w wiadomościach tekstowych sprawiło, że mam ochotę być tą poznawaną i również poznawać.
Co w tym dziwnego pewnie pomyślicie?
Dla mnie sprawa wygląda na prawdę dziwnie , bo ze względu na duży bagaż doświadczeń podobnej treści już dawno zatraciłam umiejętność i chęć poznawania kogokolwiek a co dopiero ukazania siebie tak "saute".
Do tej pory wystarczyła mi garstka starych znajomych , którzy znają mnie na tyle na ile sama pozwalam się poznać i moja rodzina.
A tu taki psikus.
I wiecie jak się czuje...dla mnie to takie wewnętrzne szczęście, coś na kształt pierwszej randki lub wymarzonego prezentu urodzinowego. Powoli poznajesz, "rozpakowujesz" ,czekasz na ruch z drugiej strony, jesteś delikatna, ostrożna a jednocześnie najchętniej już teraz wyznałabyś wszystkie uczucia szczęścia i skakała pod słońce, że jest taka osoba, która okazała się gdzieś w duchu podobna do Ciebie, z podobnym bagażem doświadczeń - może z innym temperamentem ale z podobnymi wartościami.
Do tego wszystkiego oczywiście dochodzi ta niepewność czy na pewno zaiskrzy, czy wyniknie coś więcej z tego, niż tylko krótka, przejściowa znajomość i starasz się wtedy ważyć każdy gest, każde słowo, każdą zbyt szybką reakcję by nie spłoszyć, nie spieprzyć, nie zrazić.
Kiedyś wydawało mi się, że takie emocje towarzyszą tylko znajomościom damsko-męskim - a tu taka niespodzianka - jak to życie potrafi zweryfikować niektóre sprawy w życiu.
Tak analizując całą sprawę myślę, że teraz gdy jestem osobą można powiedzieć dorosłą, mam już wyrobione pewne priorytety, wzorce i postawy, które są dla mnie akceptowalne i spotykając osobę, która jest dla mnie pokryciem tych wszystkich cech, które sobie cenie - przeżyłam emocjonalną eksplozję uczuć, na tyle dużą, że jakoś wybudziły mnie z tego codziennego letargu i zmusiły do przemyśleń i działania.
Przechodząc dzień w dzień obok, widząc tylko małe oznaki "bratniej duszy" nigdy nie pomyślałabym , że to wszystko pójdzie w tym kierunku - powiem inaczej - byłam pewna, że idzie to wręcz w odwrotnym.
Ostatnie wydarzenia, burzliwy weekend i długie pełne przemyśleń noce (dobrze, że ktoś spał za dwóch) dał mi tyle energii, że ciężko było mi w pracy na dupie usiedzieć;-)
Weekend był bardzo przyjemny, tyle endorfin, ruchu, i cudownych spotkań, że aż czuję ciężar naładowanych na full moich własnych akumulatorów a zarazem mam taki ewidentny niedosyt, że aż boję się zaproponować następne spotkanie ;-)
Mam tylko nadzieję, że znajomość pójdzie w dobrym kierunku i wyrośnie z tego coś na prawdę wartościowego... może nawet przyjaźń, w którą już dawno przestałam wierzyć.
Czy zdarzyła się Wam wartościowa znajomość już "na stare lata"? Może, to tylko ja mam jakieś chore przemyślenia i obawy...
Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję, że zagoszczę tu częściej :-)
Czas od tamtej pory przeleciał mi jak by minął tylko miesiąc, a tu tyle czasu, że zapomniałam jak przelewa się myśli na papier tudzież ekran ;-)
Cały ten okres zleciał mi na wychowywaniu mojego drugorodnego - Adama - jest na prawdę duża różnica w wychowywaniu Jasia a Adasia - i na dzień dzisiejszy to, oprócz pracy, zajmuje mi najwięcej czasu.
![]() |
| zaczerpnięte z internetu |
Ostatnio mam fazę na dużo myślenia. Wiele zbiegów okoliczności, i osób, które stanęły w ostatnich miesiącach na mojej drodze utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie dam rady bez napisania od czasu do czasu paru zdań - no inaczej się uduszę.
Powiem Wam, że nie zdawałam sobie (do teraz) sprawy, jak czasem krótka wymiana zdań, i parę słów "między wierszami" potrafi zmienić całe podejście do drugiej osoby.
Na swojej drodze spotykam na prawdę bardzo dużo ludzi: jedni mnie bawią, drudzy wkurzają do bólu, jeszcze inny wzbudzają mój zachwyt, szacunek i szczególnie zasługują na jakąś uwagę, na chwilę zatrzymania, zastanowienia.
My ludzie mamy taką dziwną tendencje do oceniania ludzi na pierwszy rzut oka, nie raz wizja "pierwszego razu" zupełnie odbiega od rzeczywistości, czasem też w 100% trafiamy i nasza wizualizacja pokrywa się z oryginałem.
Ja już dawno zapomniałam jak to jest poznawać kogoś tak na prawdę i jak to jest dać siebie poznać od podszewki.
Mam ostatnio odczucie ogromnego zauroczenia osobą, na pozór całkiem wydawało by się odmienną od mojego temperamentu - i uwierzcie czy nie, pare zdań wymienionych w wiadomościach tekstowych sprawiło, że mam ochotę być tą poznawaną i również poznawać.
Co w tym dziwnego pewnie pomyślicie?
Dla mnie sprawa wygląda na prawdę dziwnie , bo ze względu na duży bagaż doświadczeń podobnej treści już dawno zatraciłam umiejętność i chęć poznawania kogokolwiek a co dopiero ukazania siebie tak "saute".
Do tej pory wystarczyła mi garstka starych znajomych , którzy znają mnie na tyle na ile sama pozwalam się poznać i moja rodzina.
A tu taki psikus.
I wiecie jak się czuje...dla mnie to takie wewnętrzne szczęście, coś na kształt pierwszej randki lub wymarzonego prezentu urodzinowego. Powoli poznajesz, "rozpakowujesz" ,czekasz na ruch z drugiej strony, jesteś delikatna, ostrożna a jednocześnie najchętniej już teraz wyznałabyś wszystkie uczucia szczęścia i skakała pod słońce, że jest taka osoba, która okazała się gdzieś w duchu podobna do Ciebie, z podobnym bagażem doświadczeń - może z innym temperamentem ale z podobnymi wartościami.
Do tego wszystkiego oczywiście dochodzi ta niepewność czy na pewno zaiskrzy, czy wyniknie coś więcej z tego, niż tylko krótka, przejściowa znajomość i starasz się wtedy ważyć każdy gest, każde słowo, każdą zbyt szybką reakcję by nie spłoszyć, nie spieprzyć, nie zrazić.
Kiedyś wydawało mi się, że takie emocje towarzyszą tylko znajomościom damsko-męskim - a tu taka niespodzianka - jak to życie potrafi zweryfikować niektóre sprawy w życiu.
Tak analizując całą sprawę myślę, że teraz gdy jestem osobą można powiedzieć dorosłą, mam już wyrobione pewne priorytety, wzorce i postawy, które są dla mnie akceptowalne i spotykając osobę, która jest dla mnie pokryciem tych wszystkich cech, które sobie cenie - przeżyłam emocjonalną eksplozję uczuć, na tyle dużą, że jakoś wybudziły mnie z tego codziennego letargu i zmusiły do przemyśleń i działania.
Przechodząc dzień w dzień obok, widząc tylko małe oznaki "bratniej duszy" nigdy nie pomyślałabym , że to wszystko pójdzie w tym kierunku - powiem inaczej - byłam pewna, że idzie to wręcz w odwrotnym.
Ostatnie wydarzenia, burzliwy weekend i długie pełne przemyśleń noce (dobrze, że ktoś spał za dwóch) dał mi tyle energii, że ciężko było mi w pracy na dupie usiedzieć;-)
Weekend był bardzo przyjemny, tyle endorfin, ruchu, i cudownych spotkań, że aż czuję ciężar naładowanych na full moich własnych akumulatorów a zarazem mam taki ewidentny niedosyt, że aż boję się zaproponować następne spotkanie ;-)
Mam tylko nadzieję, że znajomość pójdzie w dobrym kierunku i wyrośnie z tego coś na prawdę wartościowego... może nawet przyjaźń, w którą już dawno przestałam wierzyć.
Czy zdarzyła się Wam wartościowa znajomość już "na stare lata"? Może, to tylko ja mam jakieś chore przemyślenia i obawy...
Pozdrawiam Was serdecznie i mam nadzieję, że zagoszczę tu częściej :-)
czwartek, 11 stycznia 2018
A czas płynie...
Co u nas? Nieubłaganie kalendarz przestawia się w tempie zastraszającym na nowe cyferki i tak nasz Adaś niedługo kończy 7 miesięcy.
Czy coś się zmienił...szczerze to trochę bym chciała....najbardziej tego by nie muczał cały dzień i choć na troszkę się sobą zajął i żeby zaczął normalnie spać, bo ręce już opadają do ziemi.
Dzięki Bogu ktoś kiedyś wymyślił chusty i to pozwala mi w miarę normalnie funkcjonować w domu
Mamy już Nowy Rok, święta to już tylko wspomnienie. Zimy nadal nie widać, ale samopoczucie iście jesienne. No ale co tu się dziwić: ciemno, ponuro, i tak jakoś bez wyrazu.
Chłopaki nudzą się w domu, z kolei na bardzo długie spacery przy takiej pogodzie się nie zapowiada.
Adaś marudzi ile wlezie, sama już nie wiem czy to zęby czy brzuch czy jego charakter.
Do tego przez dłuższy czas męczyliśmy się z katare/niekatarem u jednego i drugiego.
A pisze katarem/niekatarem bo kataru nie widać a nos zatkany i malutkiemu w dodatku coś furczy.
Zrobiliśmy posiew i oczywiście wyszła jakaś cudowna bakteria, gdzie oczywiście pediatra głęboko wmawiała, że to na pewno ząbkowanie. Czyli zaczął się u pediatry sezon gdzie wszystko z czym idę to wina ząbkowania i biedna matka potem ślęczy w internetach by doczytać jakie badania może sama na własną rękę wykonać by dziecinie ulżyć, no i sobie oczywiście bo pobudki przez ten nochal były z dokładnością w przedziale co 5-15 minut.
Między czasie przypomniałam sobie o prezencie Mikołajkowym, który nieoczekiwanie przyniósł nam kurier od firmy TEVA a mianowicie o kosmetyku VICKs BABYBALM i wstrzelił się ten Mikołaj w dziesionę bo od razu mieliśmy go na kim wypróbować. Dwóch ochotników z zatkanymi nosami od razu wyrwało się do testów, że ledwie zdążyłam zrobić zdjęcie całości, bo nie wiem czy wiecie mój starszy tester Janek to lekoman od urodzenia: uwielbia wszystkie syropy, tabletki, maści, kremy itp. więc takie testy bardzo mu się podobają. Jest też kolekcjonerem ładnych opakowań/siateczek na prezenty więc tu firma TEVA też wstrzeliła się jak nic, bo torba z małym bobasem podpasowała mu niezmiernie i nawet Adamko wydzierał Jaskowi ją z rąk, czyli magia dzidziusia na obrazku zadziałała.
Co Mikołaj dodał jeszcze od paczki?:
Pudełko chusteczek - chwała im za to bo tego u nas nigdy nie za wiele.
Pendrive i szklana fiolka z ręcznie robioną solą do kąpieli z lawendą.
No i gwóźdź programu czyli Balsam VICKS BABYBALM.
Po odpakowaniu paczki zostałam tylko z fiolką z solą bo to chłopaków najmniej interesowało.
I tak: chusteczki zarekwirowane stoją u Janka na biurku, w torbie z dzidziusiem zapakowany jest już samochód i Rocki z Psiego Patrolu - tak jakby co najmniej młody gdzieś się wyprowadzał, no i pendrive został dzielnie wepchnięty do Jaśkowego sprzętu grającego i bardzo ciężki bój stoczyłam żeby wytłumaczyć ,że piosenek tam nie ma a pewnie informacje dla mnie...Vicks już otwarty z pudełeczka dzielnie stał na biurku obok łóżka bo u nas wszelkie smarowania odbywają się po kąpieli już w łóżkach, więc czekał na wieczór na pierwsze otwarcie.
A tak na poważnie, to bardzo zainteresował nas ten produkt, bo my często używamy podobnych w czasie gdy młodzież ma katar. Najczęściej sięgamy po Aromactiv ale ja osobiście jako dorosły człowiek używam na kaszel Vicks więc moje oczy się nieco zaświeciły że w końcu mamy też dla dzieci.
Co mówi o produkcie producent?
"Małe dzieci bywają
niespokojne z różnych powodów, dlatego często bardzo trudno jest odgadnąć,
czego w danej chwili potrzebują. Jedną z przyczyn złego samopoczucia może być
zatkany nosek. Nowość od Vicks – BabyBalm, dzięki aromatycznej kompozycji z
zapachami naturalnego pochodzenia, może pomóc Twojemu dziecku się zrelaksować.
W pierwszym okresie życia dziecko nie potrafi jeszcze
samodzielnie wydmuchać noska, co sprawia, że jest rozdrażnione i gorzej
śpi. Ulgę w oddychaniu może przynieść oczyszczenie nosa
przy pomocy chusteczek higienicznych, inhalacji czy odpowiednie ułożenie
dziecka podczas snu, które ułatwi spływanie wydzieliny.
Kiedy maluch ma zatkany nosek warto zadbać także
o jego dobre samopoczucie i spokój. Nastrój z pewnością poprawi bliskość i
czuły dotyk mamy. Stosując BabyBalm od Vicks – aromatyczny i nawilżający
kosmetyk, połączymy kochający dotyk rodzicielski z kompozycją zapachów m.in.
lawendy i rozmarynu. Kosmetyk nawilży skórę dziecka i pomoże mu się
zrelaksować.
BabyBalm to aromatyczna kompozycja
z zapachami rozmarynu, lawendy, zawierająca 4 składniki naturalnego pochodzenia oraz wyciąg z Aloe Vera. Kosmetyk został stworzony specjalnie z myślą o dzieciach
już od 6. miesiąca życia. Niewielka ilość balsamu wmasowana w skórę klatki piersiowej oraz brzuszka malucha, nawilży skórę dziecka i uwalniając przyjemną kompozycję zapachów pomoże mu się zrelaksować"
z zapachami rozmarynu, lawendy, zawierająca 4 składniki naturalnego pochodzenia oraz wyciąg z Aloe Vera. Kosmetyk został stworzony specjalnie z myślą o dzieciach
już od 6. miesiąca życia. Niewielka ilość balsamu wmasowana w skórę klatki piersiowej oraz brzuszka malucha, nawilży skórę dziecka i uwalniając przyjemną kompozycję zapachów pomoże mu się zrelaksować"
I teraz to co pewnie interesuje każdą mamę ; czyli jak to się je i jak się sprawdza w praktyce.
Zapewne znacie produkt VICKs dla dorosłych to ten dla dzieci w konsystencji jest bardzo podobny.
Fajnie, że jest w pudełeczku zakręcanym bo mogę go zużyć do końca i nie męczę się z wyciskaniem tubki.
Jest bardzo wydajny: wystarczy odrobina na palcu i można wysmarować klatkę piersiową.
Fakt jest tłusty i czasem zostawia ślady na piżamce, za to nie jest lepki i wodnisty jak np. Aromactiv który stosowaliśmy do tej pory, przez co kończył się nam w mgnieniu oka.
Ma bardzo przyjemny ziołowy zapach, nie dusi, nie jest ani za mocny ani za słaby.
Czy jest efekt?
Jakiś na pewno jest, bo zanim zapach całkowicie nie wyparował chłopaki ładnie spały mimo zatkanych nosków. Nie wiem jak długo utrzymuje się ten zapach ponieważ po kilku minutach nasze nosy się przyzwyczaiły i nie czuliśmy już go wcale.
Fajne jest też to, że skóra po tym nie jest wysuszona, nie uczuliło też żadnego z chłopaków.
Więc po pierwszym użyciu i testach oczywiście smarujemy dalej gdy męczy chłopaków katar, baaaa....ja nawet zaczęłam małego smarować w trakcie jego niespokojnych wiercących nocy, i mam wrażenie, że trochę go to nawet wycisza (albo to zbieg okoliczności).
Oczywiście chciałam zrobić starszemu dobrze i dodałam mu dodanej w prezencie soli do kąpieli - i to był mój błąd....suszona pływająca lawenda to nie jest to co chłopcy lubią najbardziej, zatem opłukałam niezadowolonego Janka, na którym poprzyczepiało się pełno suszonych kwiatków lawendy , wytarłam przekazałam tacie do dalszej obróbki - a sama dosypałam resztę soli i oddałam się relaksowi ;-) - Teva dziękuję Ci za to (przecież taki produkt nie mógł się zmarnować - nie??) Dzięki temu mogłam trochę poleżakować w wannie a tata zajął się chłopakami.
Zatem mamuśki jak Wasze pociechy będą katarzyć możecie wypróbować Vicks BabyBalm, u nas na 100% zostaje. W sam raz młodszy skończył 6 miesięcy i możemy bez oporu korzystać. Oby jak najmniej tych katarów jednak było.
piątek, 8 grudnia 2017
Wstyd mi!
Oj ale mi wstyd. Tyle czasu mnie tu nie było i nawet nie wiem od czego mam zacząć.
Może od usprawiedliwienia?
Może chociaż spróbuję się wytłumaczyć.
Czas...czas to główny winowajca. Nie mam chwili wytchnienia, nie tylko do pisania bo to by się po nocy dało zrobić, ale choć czas na zastanowienie się o czym ciekawym napisać.
Samo pisanie dla pisania jest nudne i Was też pewnie by znudziło.
Adaś to nie to samo dziecko co Jaś, a powiem więcej - to diabeł wcielony - typowy HNB (High Need Baby). Nie śpi, nie bawi się sam, generalnie z wszystkim jest na nie, więc w grę wchodzi tylko noszenie bo z tej perspektywy się nie drze,
Tak więc dni spędzamy na noszeniu się na rączkach albo w naszej kochanej pomocy chuście tkanej, która powoli staje się niewygodna dla klocuszka i czas ją zmienić na bardziej nośną.
Dziś z grubsza przybliżę Wam co się u Nas dzieje a potem w kolejnych postach rozwinę niektóre wątki.
No i przypominam, że bardziej na bieżąco jesteśmy na INSTAGRAMIE - po prostu szybciej mi jest wrzucić zdjęcie z krótkim opisem niż tworzyć elaboraty.
Adaś niebawem kończy 6 miesięcy !!!!!
Czy Wy nadążacie??? 6 miesięcy - bo ja nie nadążam. Czas pędzi mi nieubłaganie.
Jeszcze niedawno walczyliśmy z nawałami, karmieniem a teraz zaczynamy powoli rozszerzać dietę. To niesamowite a zarazem smutne że czas tak szybko ucieka a nam pozostają tylko zdjęcia.
Choć powiem, że nie tęsknie aż tak bardzo za minionym niemowlęcym czasem. To nie był łatwy okres dla nas mimo wszystko. Adam mało spał, marudził i marudził. Teraz niewiele się zmieniło, ale jednak jest lżej bo czasem się nawet zajmie zabawką lub karuzelą.
Adaś jeszcze nie raczkuje, i na razie nie widzę zainteresowania w podnoszeniu ciężkiego tyłeczka.
na razie przewraca się tylko z pleców na brzuszek i czasem tylko w drugą stronę, a głównie dlatego że nie ma potrzeby leżenia na plecach.
Jak babcię kocham to na prawdę dziwne dziecko, bo biedaczysko nie ma już siły leżeć na brzuchu, ręce się trzęsą, głową ryje już po macie ale nie, gdzie tam, na plecach be...jak tylko go obrócę na siłę na plecy to beczy i w sekundę jest znowu na brzuchu - a, że nadal jest zmęczony to buczy z samego faktu, że nie daje rady. Ot i tak się właśnie bawimy.
Noszę go tylko mata, łóżeczko, chusta, bujak, i tak w kółko bo weny mi brak jak mu jeszcze dogodzić.
Zabawki nie zajmują go zbytnio. Czasem jak coś mu spasuje to zajmie się z 2-3 minuty, ale generalnie woli beczeć. Mam nadzieję, że im starszy to mu przejdzie, bo jak na razie mam wrażenie że ogarnął go przewlekły skok rozwojowy. Tak czy inaczej podejrzewam, że współtowarzyszem tego nastroju są zęby, których Adam jeszcze nie ma, ale dorobił się za to opuchniętych dziąseł. Jak pójdzie w ślady brata, będzie jojczył na te zęby jeszcze pół roku. Jaśkowi wyszły równo na roczek.
A Jaś???
Jaś to już dorosły chłopaczysko. Teraz doceniam jakie miałam grzeczne dzieciątko bo kontrast jest dość mocno zauważalny.
Jasio grzecznie chodzi do przedszkola i jak zawsze ma milion zainteresowań.
Przerabiamy właśnie ptaki (poznaje już większość gatunków), między czasie mapy, samoloty, autobusy, statki, pociągi jego miłość...oj długo by wymieniać.
Jaś polubił też bardzo kolorowanie i rysowanie, bo już się bałam, że nigdy nie zacznie sam rysować. Teraz to robi namiętnie na każdym skrawku papieru.
W ogóle zrobił się bardzo wygadany i mądry.
Czasem też daje w kość co dziwne i takie nie Jasiowe, ale w porównaniu do Adama to aniołek.
A ja?
Ja umęczona. Niewyspana.
Pierwsze co bym zrobiła gdybym mogła to porządnie bym się wyspała.
Jestem też już po operacji jajników, ale to opiszę Wam innym razem.
Zbliżają się święta, więc czeka nas to całe przygotowanie magicznych Świąt już we czwórkę, a pamiętam dokładnie tamten rok, i te okropne nudności, przez które nie mogłam nawet pokusić się o łakomstwo.
No i u dzieci był też Mikołaj...szkoda, że do mnie nie zawitał - a tak ładnie buty wyczyściłam.
PS. Postaram się pisać częściej.
Może od usprawiedliwienia?
Może chociaż spróbuję się wytłumaczyć.
Czas...czas to główny winowajca. Nie mam chwili wytchnienia, nie tylko do pisania bo to by się po nocy dało zrobić, ale choć czas na zastanowienie się o czym ciekawym napisać.
Samo pisanie dla pisania jest nudne i Was też pewnie by znudziło.
Adaś to nie to samo dziecko co Jaś, a powiem więcej - to diabeł wcielony - typowy HNB (High Need Baby). Nie śpi, nie bawi się sam, generalnie z wszystkim jest na nie, więc w grę wchodzi tylko noszenie bo z tej perspektywy się nie drze,
Tak więc dni spędzamy na noszeniu się na rączkach albo w naszej kochanej pomocy chuście tkanej, która powoli staje się niewygodna dla klocuszka i czas ją zmienić na bardziej nośną.
Dziś z grubsza przybliżę Wam co się u Nas dzieje a potem w kolejnych postach rozwinę niektóre wątki.
No i przypominam, że bardziej na bieżąco jesteśmy na INSTAGRAMIE - po prostu szybciej mi jest wrzucić zdjęcie z krótkim opisem niż tworzyć elaboraty.
Adaś niebawem kończy 6 miesięcy !!!!!
Czy Wy nadążacie??? 6 miesięcy - bo ja nie nadążam. Czas pędzi mi nieubłaganie.
Jeszcze niedawno walczyliśmy z nawałami, karmieniem a teraz zaczynamy powoli rozszerzać dietę. To niesamowite a zarazem smutne że czas tak szybko ucieka a nam pozostają tylko zdjęcia.
Choć powiem, że nie tęsknie aż tak bardzo za minionym niemowlęcym czasem. To nie był łatwy okres dla nas mimo wszystko. Adam mało spał, marudził i marudził. Teraz niewiele się zmieniło, ale jednak jest lżej bo czasem się nawet zajmie zabawką lub karuzelą.
Adaś jeszcze nie raczkuje, i na razie nie widzę zainteresowania w podnoszeniu ciężkiego tyłeczka.
na razie przewraca się tylko z pleców na brzuszek i czasem tylko w drugą stronę, a głównie dlatego że nie ma potrzeby leżenia na plecach.
Jak babcię kocham to na prawdę dziwne dziecko, bo biedaczysko nie ma już siły leżeć na brzuchu, ręce się trzęsą, głową ryje już po macie ale nie, gdzie tam, na plecach be...jak tylko go obrócę na siłę na plecy to beczy i w sekundę jest znowu na brzuchu - a, że nadal jest zmęczony to buczy z samego faktu, że nie daje rady. Ot i tak się właśnie bawimy.
Noszę go tylko mata, łóżeczko, chusta, bujak, i tak w kółko bo weny mi brak jak mu jeszcze dogodzić.
Zabawki nie zajmują go zbytnio. Czasem jak coś mu spasuje to zajmie się z 2-3 minuty, ale generalnie woli beczeć. Mam nadzieję, że im starszy to mu przejdzie, bo jak na razie mam wrażenie że ogarnął go przewlekły skok rozwojowy. Tak czy inaczej podejrzewam, że współtowarzyszem tego nastroju są zęby, których Adam jeszcze nie ma, ale dorobił się za to opuchniętych dziąseł. Jak pójdzie w ślady brata, będzie jojczył na te zęby jeszcze pół roku. Jaśkowi wyszły równo na roczek.
A Jaś???
Jaś to już dorosły chłopaczysko. Teraz doceniam jakie miałam grzeczne dzieciątko bo kontrast jest dość mocno zauważalny.
Jasio grzecznie chodzi do przedszkola i jak zawsze ma milion zainteresowań.
Przerabiamy właśnie ptaki (poznaje już większość gatunków), między czasie mapy, samoloty, autobusy, statki, pociągi jego miłość...oj długo by wymieniać.
Jaś polubił też bardzo kolorowanie i rysowanie, bo już się bałam, że nigdy nie zacznie sam rysować. Teraz to robi namiętnie na każdym skrawku papieru.
W ogóle zrobił się bardzo wygadany i mądry.
Czasem też daje w kość co dziwne i takie nie Jasiowe, ale w porównaniu do Adama to aniołek.
A ja?
Ja umęczona. Niewyspana.
Pierwsze co bym zrobiła gdybym mogła to porządnie bym się wyspała.
Jestem też już po operacji jajników, ale to opiszę Wam innym razem.
Zbliżają się święta, więc czeka nas to całe przygotowanie magicznych Świąt już we czwórkę, a pamiętam dokładnie tamten rok, i te okropne nudności, przez które nie mogłam nawet pokusić się o łakomstwo.
No i u dzieci był też Mikołaj...szkoda, że do mnie nie zawitał - a tak ładnie buty wyczyściłam.
PS. Postaram się pisać częściej.
czwartek, 3 sierpnia 2017
Najtrudniejsze chyba za nami...
Już niedługo Adaś skończy dwa miesiące. DWA MIESIĄCE - szok i niedowierzanie, bo jeszcze niedawno marudziłam, że Adam nie chce wyjść z brzucha.
We wtorek, równo 1 sierpnia młodociany skończył 7 tyg. To już na prawdę duży i ciężki kawaler.
Początkowo wszystko wyglądało jak na wariackich papierach.
Tu starszak, tam mały, to prasowanie ,obiad, zabawa ze starszym, odprowadzanie do przedszkola...armagedon jednym słowem.
Teraz powoli wszystko dochodzi do ładu.
Adam złagodniał, bo już ze strachem i przerażeniem zaczęłam wierzyć że mamy domu typowego High Need Baby.
Coraz częściej się uśmiecha i coraz więcej aktywności z jego strony.
Interesuje się już wiszącymi zabawkami, ma też ulubionego pluszaka.
Upodobał sobie rudego kotka od Madzi z bloga borsuczkowo.pl zobaczcie jakie to cuda wyprawia na szydełku ta dziewczyna w swoim Borsuczkowym Domku , ja jestem pełna podziwu i w głębokim szoku ze można takie rzeczy zrobić samemu. Madziu jeszcze raz Ci dziękujemy za koty dla chłopaków.
Kot Adasia zauroczył, serio!! Musi leżeć z nim w łóżeczku, a on się chichroli do niego na głos, ściąga na siebie i obżera mu kończyny , nie wspomnę już o memlaniu ogona.
Cudowne są.
Na szczęście coraz lepiej dogadujemy się z najmłodszym, i coraz lepiej rozpoznajemy jego potrzeby.
Ostatnio nawet tatuś odważył się z nim zostać sam na sam pare godzin. Jeszcze 2 tyg temu nie było by o tym mowy bo uspokajał go tylko cycuś.
Teraz mogę powiedzieć że jest w miarę idealnie, gdyby nie te noce z dość częstymi pobudkami - ale da się wytrzymać.
Ogarnęłam też już opiekę nad dwoma gagatkami. Jestem już w stanie zaprowadzić starszaka do przedszkola z Adasiem, posprzątać, poprasować, przygotować obiad, przyprowadzić starszaka z przedszkola, zaliczyć spacer z dwoma w tym z jednym na rowerze, zrobić kolacje, wykąpać dwójkę i położyć do łóżek.
Nie powiem, że początki nie były łatwe, ale trzeba sobie ustalić jakiś harmonogram i jest to wtedy do ogarnięcia.
Jaś jest na razie bezproblemowy, choć widzę, że czasem się miota bo sytuacja jest inna niż zwykle.
Dzielnie znosi wszystkie odmowy bo w tej chwili muszę się zająć młodszym.
A ja? Ja mam ogromne wyrzuty sumienia, że nie mam tyle czasu dla Janka co kiedyś, mimo że się staram każdą chwilę poświęcić jemu. Teraz najczęściej spędza czas z tatą, podobnie jak to było w czasie mojej ciąży więc nie jest to dla niego szokiem, że mamy nie ma tyle w jego codziennym dniu. Mają już teraz z tatą swoje sprawy i swoje wyjścia na spacer. Nawet dostaje jawne informacje typu "ty mamo sobie idź gdzieś z Adasiem bo my z tatą to sobie idziemy..."
Generalnie powoli życie w naszej rodzinie po burzliwym wtargnięciu Adasia się stabilizuje i reguluje.
Przed nami wakacje, bo Janek jutro idzie ostatni dzień do przedszkola.
Trzeba będzie więcej czasu poświęcić Jankowi i zająć mu jakoś te dni.
W poniedziałek lecimy zwiedzać Roztocze, a potem pewnie odwiedzimy dziadków.
Na razie jednak musimy przetrwać tą falę strasznych upałów.
środa, 2 sierpnia 2017
Plebiscyt Echa Dnia
Moi drodzy.
Zgłosiłam Janka do plebiscytu gazety Echo Dnia na najpiękniejszy uśmiech.
Tak, wiem. Każde dziecko ma cydowny i niepowtarzalny uśmiech, powodujący mięknięcie nóg i serca, ale proszę Was o jednego malutkiego smsa na mojego Janka.
Będziemy bardzo wdzięczni, szczególnie Janek.
Z góry dziękujemy.
Zgłosiłam Janka do plebiscytu gazety Echo Dnia na najpiękniejszy uśmiech.
Tak, wiem. Każde dziecko ma cydowny i niepowtarzalny uśmiech, powodujący mięknięcie nóg i serca, ale proszę Was o jednego malutkiego smsa na mojego Janka.
Będziemy bardzo wdzięczni, szczególnie Janek.
Z góry dziękujemy.
wtorek, 18 lipca 2017
Ktoś chciałby Was poznać...
Witajcie,
Już nie pamiętam kiedy tu ostatni raz zaglądałam.
Jak oczywiście się domyślacie/wiecie nasz królewicz jest już z nami i skończył miesiąc.
Nie powiem, że jest łatwo bo królewicz to ciężki kaliber i dał nam przez ten miesiąc do wiwatu.
Strasznie wymagający typ w porównaniu do Janka.
Zatem powitajcie Adama.
To jedno z pierwszych zdjęć małego Adasia pare minut po porodzie.
Adaś urodził się mając 4025g i 56 cm dokładnie 13.06.2017 o godzinie 10:00.
Był bardzo uparty i nie spieszyło mu się na ten świat, a tu wszyscy na niego czekali.
Po 5 dniach lekarze zadecydowali o indukcji porodu. I w taki sposób zmusili naszego królewicza do opuszczenia swojego cieplutkiego i milutkiego domku.
Oj nie był zadowolony, bo wrzeszczał z całych sił i zostało mu to do teraz ;-)
Adaś jest bardzo podobny do swojego braciszka, aczkolwiek dużo smuklejszy i dłuższy niż Jaś w tym samym przedziale wiekowym.
Ma też silniejszy temperament - czuje, w sumie czułam to już w ciąży, że ten egzemplarz da nam nieźle popalić, co przez ten miesiąc dość dobrze mu się udawało.
Generalnie Adam mało śpi w dzień, ma problemy z brzuszkiem, a bardziej ze wzdęciami i przez to jest trochę niespokojny.
Nocami kolega też nas nie rozpieszcza. wstaje średnio co 2,5h (czasem mniej czasem wiecej) ale na to i tak nie mogę narzekać bo generalnie jak go kupa nie rozbudzi to od razu po karmieniu zasypia.
Waży już ok 5 kg i rośnie. Powoli wyciągnęłam pajacyki w rozmiarze 68, bo niektóre 62 są dla niego za krótkie.
Nadal borykamy się z trądzikiem niemowlęcym (choć już o niebo lepiej niż na początku) oraz najprawdopodobniej z sapką.
W sumie ciężko stwierdzić czy to sapka czy inna dolegliwość. Adasiowi furczy w nosie jakby miał naprawdę mega duży katar. Często wybudza się przez to lub ma problemy z jedzeniem. Po wizytach u dwóch pediatrów nic nowego się nie dowiedzieliśmy, dostaliśmy leki, inhalacje ale poprawa jest na prawdę niewielka i zastanawiamy się nad pójściem do laryngologa - choć mam ochotę zrobić młodocianemu wymaz z noska i zobaczyć czy nie ma tam przez przypadek jakiejś bakterii. Dajemy sobie jeszcze tydzień furczenia i chrapania, uruchomiliśmy też nawilżacz i zobaczymy czy będzie jakiś efekt. Jeśli nie dla pewności sprawdzimy nosek u laryngologa dziecięcego.
A tak poza tym Adaś jest słodki i nie mogę się na niego napatrzeć. Czas tak szybko leci, że mamy już w domu niemowlaka a nie noworodka.
Wiem, że to już ostatnie nasze dzieciątko więc mimo zmęczenia chłonę każdą minutę z tym maleństwem, a czas tak nieubłaganie płynie.
Jeszcze miesiąc temu martwiłam się kiedy wreszcie Adam się urodzi a teraz wodzi za mną oczkami, zaczyna się uśmiechać i interesować zabawkami.
Mimo zmęczenia i całej tej rewolucji w naszym domu czuję się najszczęśliwszą osobą pod słońcem.
Zawsze marzyłam by mieć dwóch synów. Moje marzenia się spełniły. Mam cudowną rodzinę.
Już nie pamiętam kiedy tu ostatni raz zaglądałam.
Jak oczywiście się domyślacie/wiecie nasz królewicz jest już z nami i skończył miesiąc.
Nie powiem, że jest łatwo bo królewicz to ciężki kaliber i dał nam przez ten miesiąc do wiwatu.
Strasznie wymagający typ w porównaniu do Janka.
Zatem powitajcie Adama.
To jedno z pierwszych zdjęć małego Adasia pare minut po porodzie.
Był bardzo uparty i nie spieszyło mu się na ten świat, a tu wszyscy na niego czekali.
Po 5 dniach lekarze zadecydowali o indukcji porodu. I w taki sposób zmusili naszego królewicza do opuszczenia swojego cieplutkiego i milutkiego domku.
Oj nie był zadowolony, bo wrzeszczał z całych sił i zostało mu to do teraz ;-)
Adaś jest bardzo podobny do swojego braciszka, aczkolwiek dużo smuklejszy i dłuższy niż Jaś w tym samym przedziale wiekowym.
Ma też silniejszy temperament - czuje, w sumie czułam to już w ciąży, że ten egzemplarz da nam nieźle popalić, co przez ten miesiąc dość dobrze mu się udawało.
Generalnie Adam mało śpi w dzień, ma problemy z brzuszkiem, a bardziej ze wzdęciami i przez to jest trochę niespokojny.
Nocami kolega też nas nie rozpieszcza. wstaje średnio co 2,5h (czasem mniej czasem wiecej) ale na to i tak nie mogę narzekać bo generalnie jak go kupa nie rozbudzi to od razu po karmieniu zasypia.
Waży już ok 5 kg i rośnie. Powoli wyciągnęłam pajacyki w rozmiarze 68, bo niektóre 62 są dla niego za krótkie.
Nadal borykamy się z trądzikiem niemowlęcym (choć już o niebo lepiej niż na początku) oraz najprawdopodobniej z sapką.
W sumie ciężko stwierdzić czy to sapka czy inna dolegliwość. Adasiowi furczy w nosie jakby miał naprawdę mega duży katar. Często wybudza się przez to lub ma problemy z jedzeniem. Po wizytach u dwóch pediatrów nic nowego się nie dowiedzieliśmy, dostaliśmy leki, inhalacje ale poprawa jest na prawdę niewielka i zastanawiamy się nad pójściem do laryngologa - choć mam ochotę zrobić młodocianemu wymaz z noska i zobaczyć czy nie ma tam przez przypadek jakiejś bakterii. Dajemy sobie jeszcze tydzień furczenia i chrapania, uruchomiliśmy też nawilżacz i zobaczymy czy będzie jakiś efekt. Jeśli nie dla pewności sprawdzimy nosek u laryngologa dziecięcego.
A tak poza tym Adaś jest słodki i nie mogę się na niego napatrzeć. Czas tak szybko leci, że mamy już w domu niemowlaka a nie noworodka.
Wiem, że to już ostatnie nasze dzieciątko więc mimo zmęczenia chłonę każdą minutę z tym maleństwem, a czas tak nieubłaganie płynie.
Jeszcze miesiąc temu martwiłam się kiedy wreszcie Adam się urodzi a teraz wodzi za mną oczkami, zaczyna się uśmiechać i interesować zabawkami.
Mimo zmęczenia i całej tej rewolucji w naszym domu czuję się najszczęśliwszą osobą pod słońcem.
Zawsze marzyłam by mieć dwóch synów. Moje marzenia się spełniły. Mam cudowną rodzinę.
czwartek, 11 maja 2017
Wicie gniazda
Oj dawno mnie nie było.
Wszystko w porządku, młody rośnie a ja z nim.
Teoretycznie zostało nam 27 dni do porodu a praktycznie mam nadzieję, że młodzian pójdzie w ślady brata i pokaże się 2 tyg wcześniej. Czekam tylko do 38 tyg i będziemy już spokojnie wykurzać malucha ;-)
Już mamy prawie wszystko gotowe: łóżeczko stoi, wózek odświeżony, ubranka poskładane, dopierają się jeszcze ostatnie niedobitki ... torba dla mnie prawie spakowana tylko dla młodziana nie wiem co przygotować na wyjście patrząc na to jak szybko zmienia się pogoda.
Jaś też coraz częściej pyta się kiedy dzidziuś się urodzi i dzielnie uczestniczy w przygotowaniach, najlepiej wychodzi mu czyszczenie kół od wózka chusteczkami niemowlęcymi :-)
Jutro też jego wielki dzień, dzień 4 urodzin Jaśka - jakby to było wczoraj - a tu czekamy na maleństwo nr 2.
Nie mogę w to wszystko uwierzyć.
Tylko ja coś niedomagam, pierw przypałętała się do nas jelitówka, a teraz jakiś cholerny ból gardła i męczący suchy kaszel, przez który zaczyna boleć mnie coraz bardziej ten wielki brzuszysko.
Mam nadzieje, że dotrwamy do 38 tygodnia i przez ten kaszel nie urodzę wcześniej bo chciałabym by jednak młodzian wyszedł po skończonym 38 tygodniu czyli najwcześniej po 25 Maja. No i niech oszczędzi mi tego 26 Maja bo chciałabym jeszcze pójść do przedszkola Jasia na imprezkę na dzień mamy i taty.
Zatem zamawiam date 29 Maja - wtedy kochanieńki możesz wychodzić, będzie po weekendzie, będę odpoczęta, wtedy masz zielone światło :-) oczywiście pewnie zrobi jak chce, choć z Jankiem zawarłam pakt i urodził się dokładnie w tym dniu w którym to sobie z Jankiem ustaliliśmy :-) ale nic dwa razy się nie zdarza - no chyba że mam bardzo usłuchane dzieci :-)
Zatem czekamy.....
Wszystko w porządku, młody rośnie a ja z nim.
Teoretycznie zostało nam 27 dni do porodu a praktycznie mam nadzieję, że młodzian pójdzie w ślady brata i pokaże się 2 tyg wcześniej. Czekam tylko do 38 tyg i będziemy już spokojnie wykurzać malucha ;-)
Już mamy prawie wszystko gotowe: łóżeczko stoi, wózek odświeżony, ubranka poskładane, dopierają się jeszcze ostatnie niedobitki ... torba dla mnie prawie spakowana tylko dla młodziana nie wiem co przygotować na wyjście patrząc na to jak szybko zmienia się pogoda.
Jaś też coraz częściej pyta się kiedy dzidziuś się urodzi i dzielnie uczestniczy w przygotowaniach, najlepiej wychodzi mu czyszczenie kół od wózka chusteczkami niemowlęcymi :-)
Jutro też jego wielki dzień, dzień 4 urodzin Jaśka - jakby to było wczoraj - a tu czekamy na maleństwo nr 2.
Nie mogę w to wszystko uwierzyć.
Tylko ja coś niedomagam, pierw przypałętała się do nas jelitówka, a teraz jakiś cholerny ból gardła i męczący suchy kaszel, przez który zaczyna boleć mnie coraz bardziej ten wielki brzuszysko.
Mam nadzieje, że dotrwamy do 38 tygodnia i przez ten kaszel nie urodzę wcześniej bo chciałabym by jednak młodzian wyszedł po skończonym 38 tygodniu czyli najwcześniej po 25 Maja. No i niech oszczędzi mi tego 26 Maja bo chciałabym jeszcze pójść do przedszkola Jasia na imprezkę na dzień mamy i taty.
Zatem zamawiam date 29 Maja - wtedy kochanieńki możesz wychodzić, będzie po weekendzie, będę odpoczęta, wtedy masz zielone światło :-) oczywiście pewnie zrobi jak chce, choć z Jankiem zawarłam pakt i urodził się dokładnie w tym dniu w którym to sobie z Jankiem ustaliliśmy :-) ale nic dwa razy się nie zdarza - no chyba że mam bardzo usłuchane dzieci :-)
Zatem czekamy.....
czwartek, 23 marca 2017
A jednak.
A jednak będzie chłopak!
Nie odzywałam się, i cierpliwie czekałam na kolejną wizytę USG. Jakoś nie chciałam zapeszać, a tak naprawdę w duchu bałam się, że znowu chłopiec okaże się dziewczynką.
Mam nadzieje, że siusiak już nie odpadnie i zostanie z nami synek.
Czas jakoś zwolnił, a ja już bardzo bym chciała by był chociaż maj.
Nie odzywałam się, i cierpliwie czekałam na kolejną wizytę USG. Jakoś nie chciałam zapeszać, a tak naprawdę w duchu bałam się, że znowu chłopiec okaże się dziewczynką.
Mam nadzieje, że siusiak już nie odpadnie i zostanie z nami synek.
Czas jakoś zwolnił, a ja już bardzo bym chciała by był chociaż maj.
czwartek, 2 marca 2017
A to niespodzianka !!!!
Życie jednak jest bardzo przewrotne.
Sama się o tym przekonuję na każdym kroku.
Życie przekonuje mnie też ostatnio, by wierzyć swojej intuicji i własnym przeczuciom, bo rozum nie zawsze jest dobrym wyznacznikiem.
Do czego zmierzam.
W zeszłym tygodniu byłam na kontrolnej wizycie u lekarza, żeby podejrzeć dziecinę. Jak zwykle pierwsze co poprosiłam o ponowne sprawdzenie płci ( zawsze o to proszę i teraz już wiem dlaczego).
Jakież było nasze zdziwienie (moje i lekarza) jak mojej ślicznej dziewczynce coś urosło między nogami.
To wcale nie żart.
Oglądaliśmy to zjawisko jakieś dobre 20 minut z niedowierzaniem, dzięki temu nawet nie wiem ile waży moja dziecina. USG powtórzyliśmy znowu po 3 dniach by mieć pewność tego co zobaczyliśmy - nic się nie zmieniło, to co wyrosło nadal tam było :-)
W pewnym momencie poczułam nawet pewien zawód bo przywykłam już do myśli, że będzie kobietka, no i stos sukienek zalegał już moje półki.
Z drugiej strony, poczułam ulgę, bo moja głowa, moje przeczucia, moja intuicja cały czas gdzieś nie pozwalała mi znaleźć swoistej symbiozy z moim brzuchem.
Nie chodzi tu wcale o to że chciałam chłopca, ale bardziej o to, że czułam że coś jest nie tak, i szczerze to nawet nie potrafiłam się zwracać konkretnie do swojego brzusia....mmm...w sumie nawet imienia nie mogliśmy wybrać bo jakoś mi to wszystko nie grało.
Teraz czuje równowagę między głową a brzuchem.
A po dziewczynce pozostały tylko dość obfite zakupy :-) których muszę się jakoś pozbyć, ale zachowawczo poczekam do następnego USG żeby się nie okazało że jednak siusiak odpłynął.
Szczerze mówiąc, to słyszy się o takich pomyłkach, o takich sytuacjach ale nigdy nie pomyślałam że może nas to spotkać.
I pomimo tego że parokrotnie byłam na USG i sama widziałam dobrze ten obraz, nigdy nie było widać nawet cienia chłopca.
Gdy powiedzieliśmy Jankowi ten na moment zgłupiał, a potem dodał "Pan doktor to jakaś gapa", i przeszedł do porządku dziennego tłumacząc nam jak będzie uczył brata, który samochód to Fiat a który Opelek, po chwili zastanowił się i zasmucił, że brat będzie mu zabawki zabierał.
Potem przekalkulował sobie w głowie, że jednak będzie dobrze bo będzie mógł się z bratem wymieniać na samochody i w rezultacie będzie ich więcej - same plusy.
My cieszymy się bardzo z syna i mamy tylko nadzieje że na następnym USG znowu ujrzymy chłopca, bo nie zniosę już kolejnej zmiany.
środa, 22 lutego 2017
Kojący dotyk mam....
Oj ciężko mi się ostatnio myśli. I nie wiem czy to wina pogody czy samej ciąży. Nie mogę się konkretnie na niczym skupić, jestem jakaś taka mało zorganizowana i chaotyczna.
Z niecierpliwością czekam na wiosnę. Ciemność za oknem ewidentnie mi nie służy.
Myślałam że ten okres zimy przyda się na organizowanie się i przygotowanie do przyjścia na świat naszej księżniczki, ale szczerze mówiąc bardzo powoli mi to idzie.
Na nic konkretnego nie mogę się zdecydować: ani na imię , ani na konkretne kosmetyki niemowlęce, ani na konkretne pieluchy czy chusteczki.
Powoli czytam, zasięgam informacji, analizuję składy chemiczne kosmetyków.
Z Jankiem wydaje mi się było jakoś prościej. A może inaczej, byłam mniej świadoma zagrożeń, niedogodności itp. Jak wiele mam ślepo wierzyłam w produkty reklamowe, drogie, a niekoniecznie jakość, zdrowie i cena idą w jednej parze.
Z Jankiem przez prawie cały okres niemowlęctwa używałam np. Sudocremu. nigdy nie powodował u niego alergii i wysuszenia skóry - choć opinie na temat tego kosmetyku są skrajne.
Dobre było też to że pomagał też i mi kiedy borykałam się ze zmianami skórnymi.
Dla zainteresowanych podaje informacje ogólne podane przez producenta:
Cynamonian benzylu - Właściwości przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Sklasyfikowany jako środek o łagodnym działaniu antyseptycznym ze względu na obecność kwasu cynamonowego i jego pochodnych
Lanolina - Hypoalergiczny środek nawilżający o właściwościach natłuszczających podobnych do ludzkiej skóry
Z niecierpliwością czekam na wiosnę. Ciemność za oknem ewidentnie mi nie służy.
Myślałam że ten okres zimy przyda się na organizowanie się i przygotowanie do przyjścia na świat naszej księżniczki, ale szczerze mówiąc bardzo powoli mi to idzie.
Na nic konkretnego nie mogę się zdecydować: ani na imię , ani na konkretne kosmetyki niemowlęce, ani na konkretne pieluchy czy chusteczki.
Powoli czytam, zasięgam informacji, analizuję składy chemiczne kosmetyków.
Z Jankiem wydaje mi się było jakoś prościej. A może inaczej, byłam mniej świadoma zagrożeń, niedogodności itp. Jak wiele mam ślepo wierzyłam w produkty reklamowe, drogie, a niekoniecznie jakość, zdrowie i cena idą w jednej parze.
Z Jankiem przez prawie cały okres niemowlęctwa używałam np. Sudocremu. nigdy nie powodował u niego alergii i wysuszenia skóry - choć opinie na temat tego kosmetyku są skrajne.
Dobre było też to że pomagał też i mi kiedy borykałam się ze zmianami skórnymi.
Dla zainteresowanych podaje informacje ogólne podane przez producenta:
Sudocrem – krem barierowo-ochronny dla dzieci i dorosłych z problemami skórnymi, pielęgnacja skóry narażonej na odparzenia, odleżyny, otarcia, odpieluszkowe odparzenie skóry. HIPOALERGICZNY
Sudocrem wspomaga regenerację skóry, działa łagodząco i ochronnie. Tworzy barierę zabezpieczającą skórę przed drażniącymi czynnikami np. moczem w przypadku odpieluszkowego odparzenia skóry. Specjalna hipoalergiczna formuła sprawia, że Sudocrem to wyjątkowy produkt, który chroni i łagodzi zaczerwienioną i wrażliwą skórę. Sudocrem jest również skuteczny w łagodzeniu innych stanów, w tym popękanej
i podrażnionej skóry.
i podrażnionej skóry.
SUDOCREM® działa wielopłaszczyznowo dzięki pięciu składnikom:
Tlenek cynku - Środek ściągający o działaniu łagodzącym i ochronnym
Alkohol benzylowy - Środek miejscowo znieczulający o właściwościach dezynfekujących
Benzoesan benzylu - Środek roztoczobójczy, wszobójczy, odstraszający owady, farmaceutyczny środek solubilizujący
Alkohol benzylowy - Środek miejscowo znieczulający o właściwościach dezynfekujących
Benzoesan benzylu - Środek roztoczobójczy, wszobójczy, odstraszający owady, farmaceutyczny środek solubilizujący
Cynamonian benzylu - Właściwości przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Sklasyfikowany jako środek o łagodnym działaniu antyseptycznym ze względu na obecność kwasu cynamonowego i jego pochodnychLanolina - Hypoalergiczny środek nawilżający o właściwościach natłuszczających podobnych do ludzkiej skóry
Moje odczucia są mieszane. Niby u mojego syna jak i syna mojej siostry kosmetyk ten nie powodował żadnych reakcji alergicznych, z reszta moje dziecko jest mało alergiczne i na żaden kosmetyk nigdy nie zareagowało skórnie, ale zawartość podstawowych potencjalnych kosmetycznych alergenów w tym produkcie trochę mnie zmartwiła. Z wykształcenia jestem chemikiem i martwi mnie występowanie w nim benzoesanu benzylu czy BHA.
Na pewno ja używać będę dla siebie, co do dziecka....mmmm..... może w skrajnych przypadkach, choć nie powiem uwielbiam zapach Sudocremu.
A z całkiem innej beczki zapraszam do obejrzenia filmiku kampanii "Kojący dotyk mam..." pt "Rozmowy z brzuszkiem" nie wiem czy ze względu na ciąże ale bardzo rozczula mnie ten krótki filmik:
Tak czy inaczej każdy kosmetyk należy zawsze sprawdzić i dostosować do skóry i potrzeb własnego dziecka. Jak Janek był malutki każdy nowy produkt testowałam na małej powierzchni skóry upewniając się czy skóra nie reaguje na niego jakoś dziwnie. Używaliśmy rożnych kosmetyków i Sudocrem nigdy nie wypadał jakoś wybitnie blado na tle innych podobnych ani nigdy nie przebijał się jakąś mega wyjątkowością.
Na pewno będę miała w swojej apteczce bo nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy może się przydać.
Na pewno ja używać będę dla siebie, co do dziecka....mmmm..... może w skrajnych przypadkach, choć nie powiem uwielbiam zapach Sudocremu.
A z całkiem innej beczki zapraszam do obejrzenia filmiku kampanii "Kojący dotyk mam..." pt "Rozmowy z brzuszkiem" nie wiem czy ze względu na ciąże ale bardzo rozczula mnie ten krótki filmik:
Tak czy inaczej każdy kosmetyk należy zawsze sprawdzić i dostosować do skóry i potrzeb własnego dziecka. Jak Janek był malutki każdy nowy produkt testowałam na małej powierzchni skóry upewniając się czy skóra nie reaguje na niego jakoś dziwnie. Używaliśmy rożnych kosmetyków i Sudocrem nigdy nie wypadał jakoś wybitnie blado na tle innych podobnych ani nigdy nie przebijał się jakąś mega wyjątkowością.
Na pewno będę miała w swojej apteczce bo nigdy nie wiadomo gdzie i kiedy może się przydać.
piątek, 10 lutego 2017
wreszcie to ogarniam....
Witam się z Wami.
Niestety dopadło mnie jakieś przeziębienie i przez pare dni byłam ciałem i duchem nieobecna.
Janek też został na wszelki wypadek w domu bo zaczął coś posmarkiwać i pokasływać, a i tak mamy ferie więc niech sobie chłopak w domu posiedzi...choć nudzi mu się już niemiłosiernie. Były już farby, kredki, plastelinki, bajki, książki kolorowanki, gotowanie razem obiadu...ale widać to nie wystarcza.
Chorowanie w ciąży do najprzyjemniejszych nie należy. Nie dość że niewiele farmaceutyków można przyjąć i się wspomóc to jeszcze każde kichnięcie i kaszlnięcie powoduje parcie na pęcherz, a pod koniec dnia boli już cały brzuch.
Oczywiście w ruch poszły herbatki z malinkami i cytrynką, miodki i inne zioła ale nie wiele to pomaga.
Nawet inhalator pożyczyłam od Janka by sobie ulżyć. Dziś i tak nie jest już tragicznie. Wszak kaszel jest i znając moje możliwości pozostanie jeszcze na bardzo długo ale chociaż nie ma bólu głowy i zatok.
Dziś rozpoczęliśmy 24 tydzień ciąży i powoli rozkręca się u mnie syndrom wicia gniazda.
Najlepiej to chciałabym mieć już wszystko dziś i na raz gotowe i patrzeć się i delektować tym widokiem.
Niestety trochę pracy muszę w to włożyć żeby uzyskać efekt końcowy: czyli pięknie ułożone ubranka w szafkach, pachnące, wyprasowane i gotowe na przybycie małej księżniczki.
Powiem szczerze, że już ogarnęłam się z myślą bycia mamą dziewczynki.
Powoli jak kurierzy przynoszą dziewczęce fatałaszki zaczynam się rozkręcać, młoda w brzuchu też nie pozostaje obojętna bo łomocze w dzień i w nocy. Cieszę się bardzo z tego powodu, bo mam świadomość że to moja ostatnia ciążą, że więcej tego nie uświadczę, więc delektuję się nawet mocnymi boksami w pęcherz.
Troszkę roboty mnie czeka, nie powiem: muszę posortować rzeczy po Jaśku, zobaczyć co jest unisex i nadawało by się dla małej, resztę wystawić na aukcję.
Zrobić listę braków.
Wybyć na zakupy wyprawkowe.
Zrobić miejsce w szafie dla nowego członka rodziny co nie będzie łatwe.
Wyprać wszystko i wyprasować - coś czego najbardziej nie lubię.
Cały czas zastanawiam się co potrzebne jest takiej małej damie na sam początek.
No i wybrać imię musimy bo na razie to wahamy się i zastanawiamy i nie możemy się zdecydować.
Chyba zostanie jednak to imię które wybieraliśmy jak byłam jeszcze w ciąży z Jankiem i nie znaliśmy jeszcze płci.
Powoli rozglądam się też na gadżetami dla mnie: planuję zakupić sobie poduszkę rogala bo śpi mi się już koszmarnie.
No i sen z powiek spędza mi laktator. Pamiętam że przy Jaśku był mi bardzo pomocny, mieliśmy wtedy laktator podstawowy, ręczny gdyż nie wiedziałam czy w ogóle mi się przyda. Teraz planuję zakupić elektryczny, planowałam zakup Medeli Swing ale patrząc na ceny nawet tych używanych chyba zrezygnuję.
Może macie jeszcze pomysł, który z modeli laktatorów elektrycznych jest godny polecenia i nie budził by wszystkich domowników i sąsiadów?? A może ktoś z was sprzedaje?
Monitoruje aukcje i czekam że może trafi mi się jakaś okazja, czasem cuda się zdarzają.
Niestety z kosztami musimy się teraz liczyć, wyprawka jednak kosztuje a potrzeby są jak wiecie ogromne.
Powolutku, krok po kroku będziemy kompletować. mamy czas do początku czerwca.
Jak patrzę na te miniaturowe ubranka chciałabym by już był czerwiec.
Niestety dopadło mnie jakieś przeziębienie i przez pare dni byłam ciałem i duchem nieobecna.
Janek też został na wszelki wypadek w domu bo zaczął coś posmarkiwać i pokasływać, a i tak mamy ferie więc niech sobie chłopak w domu posiedzi...choć nudzi mu się już niemiłosiernie. Były już farby, kredki, plastelinki, bajki, książki kolorowanki, gotowanie razem obiadu...ale widać to nie wystarcza.
Chorowanie w ciąży do najprzyjemniejszych nie należy. Nie dość że niewiele farmaceutyków można przyjąć i się wspomóc to jeszcze każde kichnięcie i kaszlnięcie powoduje parcie na pęcherz, a pod koniec dnia boli już cały brzuch.
Oczywiście w ruch poszły herbatki z malinkami i cytrynką, miodki i inne zioła ale nie wiele to pomaga.
Nawet inhalator pożyczyłam od Janka by sobie ulżyć. Dziś i tak nie jest już tragicznie. Wszak kaszel jest i znając moje możliwości pozostanie jeszcze na bardzo długo ale chociaż nie ma bólu głowy i zatok.
Dziś rozpoczęliśmy 24 tydzień ciąży i powoli rozkręca się u mnie syndrom wicia gniazda.Najlepiej to chciałabym mieć już wszystko dziś i na raz gotowe i patrzeć się i delektować tym widokiem.
Niestety trochę pracy muszę w to włożyć żeby uzyskać efekt końcowy: czyli pięknie ułożone ubranka w szafkach, pachnące, wyprasowane i gotowe na przybycie małej księżniczki.
Powiem szczerze, że już ogarnęłam się z myślą bycia mamą dziewczynki.
Powoli jak kurierzy przynoszą dziewczęce fatałaszki zaczynam się rozkręcać, młoda w brzuchu też nie pozostaje obojętna bo łomocze w dzień i w nocy. Cieszę się bardzo z tego powodu, bo mam świadomość że to moja ostatnia ciążą, że więcej tego nie uświadczę, więc delektuję się nawet mocnymi boksami w pęcherz.
Troszkę roboty mnie czeka, nie powiem: muszę posortować rzeczy po Jaśku, zobaczyć co jest unisex i nadawało by się dla małej, resztę wystawić na aukcję.
Zrobić listę braków.
Wybyć na zakupy wyprawkowe.
Zrobić miejsce w szafie dla nowego członka rodziny co nie będzie łatwe.
Wyprać wszystko i wyprasować - coś czego najbardziej nie lubię.
Cały czas zastanawiam się co potrzebne jest takiej małej damie na sam początek.
No i wybrać imię musimy bo na razie to wahamy się i zastanawiamy i nie możemy się zdecydować.
Chyba zostanie jednak to imię które wybieraliśmy jak byłam jeszcze w ciąży z Jankiem i nie znaliśmy jeszcze płci.
Powoli rozglądam się też na gadżetami dla mnie: planuję zakupić sobie poduszkę rogala bo śpi mi się już koszmarnie.
No i sen z powiek spędza mi laktator. Pamiętam że przy Jaśku był mi bardzo pomocny, mieliśmy wtedy laktator podstawowy, ręczny gdyż nie wiedziałam czy w ogóle mi się przyda. Teraz planuję zakupić elektryczny, planowałam zakup Medeli Swing ale patrząc na ceny nawet tych używanych chyba zrezygnuję.
Może macie jeszcze pomysł, który z modeli laktatorów elektrycznych jest godny polecenia i nie budził by wszystkich domowników i sąsiadów?? A może ktoś z was sprzedaje?
Monitoruje aukcje i czekam że może trafi mi się jakaś okazja, czasem cuda się zdarzają.
Niestety z kosztami musimy się teraz liczyć, wyprawka jednak kosztuje a potrzeby są jak wiecie ogromne.
Powolutku, krok po kroku będziemy kompletować. mamy czas do początku czerwca.
Jak patrzę na te miniaturowe ubranka chciałabym by już był czerwiec.
środa, 1 lutego 2017
Nie wiem czy wrócę...?
Witam Wszystkich co jeszcze od czasu do czasu nas podglądają lub pytają co u nas.
Zniknęliśmy na bardzo długo.
W tym czasie wiele się wydarzyło. Było dużo przemiłych jak i tych mniej urokliwych chwil ale teraz skupiamy się na tym co Tu i Teraz.
Jestem Wam na pewno winna jakieś pare słów aktualizacji.
Tylko po tak długim czasie nawet nie wiadomo od czego zacząć.
JANEK.
Janek wyrósł nam na małego mądrale. Buzia mu nie zamyka nawet w trakcie snu. Nadal chodzi do przedszkola. Jest bardzo radosny, grzeczny i mądry. Nadal pasjonat motoryzacji, zatem gazety motoryzacyjne wręcz u nas prenumerowane, modeli samochodzików w brud, największa pasja to samochody stare, zabytkowe a najlepiej rodem PRL - ulubieniec FIACIK 126P - pseudonim - MALUSZEK. Mają zatem z tatą radochę oglądając w sieci filmiki z rajdów, wyścigów i wszelakie inne.
TATA
Tata w większości czasu przebywa w pracy. W dniach wolnych z Jankiem pogłębiają pasje majsterkowicza i motoryzacyjne, dzięki temu dają mamie duuużo wytchnienia :-)
KOT
Śpi od rana do wieczora. Nocą nadal drze się wniebogłosy nie dając się wyspać.
JA
U mnie zmian trochę nastąpiło.
Szczerze to nawet nie wiem od czego zacząć opowieść.
Pierwsza wiadomość to ta, że już nie pracuję - dlaczego ? o tym zaraz.
Najważniejszą zmianą jest jednak całkiem co innego.
PRAGNĘ TYM CO JESZCZE NIE WIEDZĄ OZNAJMIĆ IŻ SPODZIEWAMY SIĘ JESZCZE JEDNEGO CZŁONKA RODZINY :-)
Jutro kończę 22 tydzień ciąży.
Będziemy mieli malucha początkiem czerwca. Hurrra - jestem w ciąży!!!
Jak to się stało?
Sami nie wiemy :-)
Po pojawieniu się Janka cały czas staraliśmy się o drugie dziecko, ale bez naporu jaki towarzyszył nam w przypadku Jaśka.
Potem zaczęłam pracę więc nie było dużego pośpiechu,zdaliśmy się na ślepy los - ponieważ lubiłam pracować z jednej strony nie na rękę była mi od razu ciąża.
Cały czas jednak miałam w głowie fakt, że to jest duże ryzyko z mojej strony tak sytuacje przeciągać, ponieważ wg. profesora, który mnie prowadzi dawno powinnam poddać się resekcji jajników.
Sytuacja męczyła mnie na tyle, że postanowiłam dać sobie konkretny czas - listopad 2016- jeśli do tej pory nie uda nam się naturalnie bez wspomagania, leczenia itp. zajść w ciąże zacznę przygotowywać się do operacji.
Minęło lato, postanowiłam porobić badania, w których morfologia była nieciekawa więc dodatkowo tysiąc innych badań dodatkowo. Między czasie jakieś choroby, osłabienia, leki, witaminy.
Powód był tak prosty i banalny, a dla mnie tak niespodziewany - badanie krwi i Beta HCG dodatnie.
Początkowo czort mały straszył nas okropnie - brak zarodka przeciągał się dla mine w nieskończoność. Potem pobyty w szpitalu - osłabienie - i USG prawie w 8 tygodniu ciąży: zarodek i bijące serduszko.
I strach czy wszystko będzie dobrze.
Następnie okropne mdłości, niepowściągliwe wymioty - nawet na widok wody i znowu pobyt w szpitalu.
Teraz mogę powiedzieć ze czuję się dobrze - mdłości ustąpiły - wracają tylko od czasu do czasu.
Zaczynam się coraz bardziej realnie cieszyć się ciążą.
Janek będzie miał siostrzyczkę a ja córeczkę.
Szczerze Wam powiem, że w duchu pragnęłam chłopca i do tej pory jestem jeszcze w szoku że będzie to jednak córka. O płci dowiedzieliśmy się niedawno, zaledwie pare dni temu więc jest to dla nas jeszcze temat do ogarnięcia. Janek trochę zawiedziony i czasem pyta czy na pewno doktor widzi "jakąś dziewcynę a nie chłopca" i mówi, że "doktor to chyba osalał" ...niestety" nie osalał " i zaczynamy powoli się do tej myśli przyzwyczajać i myśleć o garderobie dla tej młodej damy, bo przecież wszystkie zapasy są po Janku.
Czeka mnie niedługo przeglądanie Jankowej wyprawki , segregacja na to co "się przyda" a reszta pójdzie na allegro. Niedługo będzie wyprzedaż Jaśkowych ubranek więc jeśli ktoś chciałby cokolwiek kupić na pewno napiszę tu na blogu informację. A ubranek mamy na prawdę mnóstwo w rozmiarze od 0 do prawie 4 latek.
Wszystko czekało na drugiego potomka - a że potomek zrobił psikus i okazał się dziewczynką to Jaśkowe nam się już nie przydadzą.
Teraz mam więcej czasu bo jak wspomniałam nie pracuję, więc powinnam w miarę szybko ogarnąć wyprawkę dla małej - jeszcze bezimiennej....
A praca? Niestety, trochę się zawiodłam, bo ją lubiłam. Nie przedłużono mi umowy, w czasie gdy kończyła się umowa trafiłam do szpitala. Widocznie byłam za szczera bo powiedziałam prawdę o ciąży, myślałam że ktoś to doceni że nie owijam i nie kombinuje tylko mówię wprost.
Szczerości nikt nie docenił, umowy brak - więc macierzyńskiego też brak.
Nic to, najważniejsze by dzidzia urodziła się zdrowa a ja wychodzę z założenia, że dla tych bez empatii karma wraca, ja nie będę sobie zaprzątać tym głowy bo mam teraz o kim myśleć.
Obiecuję, że postaram się od czasu do czasu tu napisać. Czy mi się to uda? Zobaczymy.
Teraz dla mnie zaczyna się czas przeglądania maleńkich ubranek, rozpływania się na widok ślicznych kocyków i gadżetów dziecięcych.
Tak naprawdę to jestem po części przerażona że wszystko zaczynamy od początku ale też podekscytowana jak to wszystko teraz się potoczy. I tak szczerze, nie mogę się doczekać, aż poczuje znowu ten zapach malutkiego człowieczka.
Pozdrawiamy Was serdecznie.
Zniknęliśmy na bardzo długo.
W tym czasie wiele się wydarzyło. Było dużo przemiłych jak i tych mniej urokliwych chwil ale teraz skupiamy się na tym co Tu i Teraz.
Jestem Wam na pewno winna jakieś pare słów aktualizacji.
Tylko po tak długim czasie nawet nie wiadomo od czego zacząć.
JANEK.
Janek wyrósł nam na małego mądrale. Buzia mu nie zamyka nawet w trakcie snu. Nadal chodzi do przedszkola. Jest bardzo radosny, grzeczny i mądry. Nadal pasjonat motoryzacji, zatem gazety motoryzacyjne wręcz u nas prenumerowane, modeli samochodzików w brud, największa pasja to samochody stare, zabytkowe a najlepiej rodem PRL - ulubieniec FIACIK 126P - pseudonim - MALUSZEK. Mają zatem z tatą radochę oglądając w sieci filmiki z rajdów, wyścigów i wszelakie inne.
TATA
Tata w większości czasu przebywa w pracy. W dniach wolnych z Jankiem pogłębiają pasje majsterkowicza i motoryzacyjne, dzięki temu dają mamie duuużo wytchnienia :-)
KOT
Śpi od rana do wieczora. Nocą nadal drze się wniebogłosy nie dając się wyspać.
JA
U mnie zmian trochę nastąpiło.
Szczerze to nawet nie wiem od czego zacząć opowieść.
Pierwsza wiadomość to ta, że już nie pracuję - dlaczego ? o tym zaraz.
Najważniejszą zmianą jest jednak całkiem co innego.
PRAGNĘ TYM CO JESZCZE NIE WIEDZĄ OZNAJMIĆ IŻ SPODZIEWAMY SIĘ JESZCZE JEDNEGO CZŁONKA RODZINY :-)
Jutro kończę 22 tydzień ciąży.
Będziemy mieli malucha początkiem czerwca. Hurrra - jestem w ciąży!!!
Jak to się stało?
Sami nie wiemy :-)
Po pojawieniu się Janka cały czas staraliśmy się o drugie dziecko, ale bez naporu jaki towarzyszył nam w przypadku Jaśka.
Potem zaczęłam pracę więc nie było dużego pośpiechu,zdaliśmy się na ślepy los - ponieważ lubiłam pracować z jednej strony nie na rękę była mi od razu ciąża.
Cały czas jednak miałam w głowie fakt, że to jest duże ryzyko z mojej strony tak sytuacje przeciągać, ponieważ wg. profesora, który mnie prowadzi dawno powinnam poddać się resekcji jajników.
Sytuacja męczyła mnie na tyle, że postanowiłam dać sobie konkretny czas - listopad 2016- jeśli do tej pory nie uda nam się naturalnie bez wspomagania, leczenia itp. zajść w ciąże zacznę przygotowywać się do operacji.
Minęło lato, postanowiłam porobić badania, w których morfologia była nieciekawa więc dodatkowo tysiąc innych badań dodatkowo. Między czasie jakieś choroby, osłabienia, leki, witaminy.
Powód był tak prosty i banalny, a dla mnie tak niespodziewany - badanie krwi i Beta HCG dodatnie.
Początkowo czort mały straszył nas okropnie - brak zarodka przeciągał się dla mine w nieskończoność. Potem pobyty w szpitalu - osłabienie - i USG prawie w 8 tygodniu ciąży: zarodek i bijące serduszko.
I strach czy wszystko będzie dobrze.
Następnie okropne mdłości, niepowściągliwe wymioty - nawet na widok wody i znowu pobyt w szpitalu.
Teraz mogę powiedzieć ze czuję się dobrze - mdłości ustąpiły - wracają tylko od czasu do czasu.
Zaczynam się coraz bardziej realnie cieszyć się ciążą.
Janek będzie miał siostrzyczkę a ja córeczkę.
Szczerze Wam powiem, że w duchu pragnęłam chłopca i do tej pory jestem jeszcze w szoku że będzie to jednak córka. O płci dowiedzieliśmy się niedawno, zaledwie pare dni temu więc jest to dla nas jeszcze temat do ogarnięcia. Janek trochę zawiedziony i czasem pyta czy na pewno doktor widzi "jakąś dziewcynę a nie chłopca" i mówi, że "doktor to chyba osalał" ...niestety" nie osalał " i zaczynamy powoli się do tej myśli przyzwyczajać i myśleć o garderobie dla tej młodej damy, bo przecież wszystkie zapasy są po Janku.
Czeka mnie niedługo przeglądanie Jankowej wyprawki , segregacja na to co "się przyda" a reszta pójdzie na allegro. Niedługo będzie wyprzedaż Jaśkowych ubranek więc jeśli ktoś chciałby cokolwiek kupić na pewno napiszę tu na blogu informację. A ubranek mamy na prawdę mnóstwo w rozmiarze od 0 do prawie 4 latek.
Wszystko czekało na drugiego potomka - a że potomek zrobił psikus i okazał się dziewczynką to Jaśkowe nam się już nie przydadzą.
Teraz mam więcej czasu bo jak wspomniałam nie pracuję, więc powinnam w miarę szybko ogarnąć wyprawkę dla małej - jeszcze bezimiennej....
A praca? Niestety, trochę się zawiodłam, bo ją lubiłam. Nie przedłużono mi umowy, w czasie gdy kończyła się umowa trafiłam do szpitala. Widocznie byłam za szczera bo powiedziałam prawdę o ciąży, myślałam że ktoś to doceni że nie owijam i nie kombinuje tylko mówię wprost.
Szczerości nikt nie docenił, umowy brak - więc macierzyńskiego też brak.
Nic to, najważniejsze by dzidzia urodziła się zdrowa a ja wychodzę z założenia, że dla tych bez empatii karma wraca, ja nie będę sobie zaprzątać tym głowy bo mam teraz o kim myśleć.
Obiecuję, że postaram się od czasu do czasu tu napisać. Czy mi się to uda? Zobaczymy.
Teraz dla mnie zaczyna się czas przeglądania maleńkich ubranek, rozpływania się na widok ślicznych kocyków i gadżetów dziecięcych.
Tak naprawdę to jestem po części przerażona że wszystko zaczynamy od początku ale też podekscytowana jak to wszystko teraz się potoczy. I tak szczerze, nie mogę się doczekać, aż poczuje znowu ten zapach malutkiego człowieczka.
Pozdrawiamy Was serdecznie.
niedziela, 28 lutego 2016
doniesienia z pola walki...
Walczymy...wszyscy walczymy z grypą!
plany były inne...
Grypa zaplanowała za nas.
plany były inne...
Grypa zaplanowała za nas.
niedziela, 14 lutego 2016
Taki szybki skrót wiadomości :)
Witam i przepraszam za tak długą nieobecność.
Szczerze to nie wyrabiam, wciąż nie mam czasu, a jak już go znajdę to nie wiem od czego zacząć...tak długo mnie tu nie było, że sama się zastanawiałam czy jest sens i czy jeszcze ktoś tu zagląda.
Szczerze to nie wyrabiam, wciąż nie mam czasu, a jak już go znajdę to nie wiem od czego zacząć...tak długo mnie tu nie było, że sama się zastanawiałam czy jest sens i czy jeszcze ktoś tu zagląda.
niedziela, 1 listopada 2015
Czas na refleksje
Dziś jest dzień, gdzie mogłam na chwile przystanąć i spokojnie zastanowić się nad życiem, nad tym co ważne i nad tym nad czym nie powinnam się zatrzymywać ani minuty.
Jaśka rozbolało ucho, wiec dla pewności zostaliśmy w domu i niestety nie pójdę dziś odwiedzić bliskich mi osób, które już odeszły, ale wcale nie oznacza to że w dniu dzisiejszym nie myślę i nie nie łączę się w modlitwie.
Dziś też doszłam do wniosku, do którego dochodziłam już wiele razy, że żyjemy zbyt szybko i za wiele nam umyka, zbyt wiele na prawdę ważnych rzeczy. Wydaje się nam, że bliscy zawsze będą obok, że nasze dzieci zawsze będą małe, że świat będzie zawsze taki sam ... Jak bardzo się niestety mylimy..ja się mylę ... bo tak na prawdę nie zwracam na to w ogóle uwagi.
Dużo czasu przecieka mi przez palce nawet nie wiadomo nad czym ...
Nie potrafię nawet powiedzieć gdzie umykają te minuty, ale na pewno nie jest to coś produktywnego ...
Zapomniałam już te zasady, które wyznaczyłam sobie dawno temu, te wartości których trzymałam się kurczowo by nie zagubić się w tym zawistnym świecie.
MIŁOŚĆ, SZCZEROŚĆ, RODZINA, WIARA, ODWAGA,UPÓR I PRACA. kolejność przypadkowa.
Zawsze wierzyłam że miłość wszystko przezwycięży, że dzięki szczerości zdobędę szacunek do samej siebie i inni nabędą też do mnie, że najważniejszą będzie dla mnie rodzina, Bóg zawsze stał na czele, natomiast odwagą, uporem i ciężka pracą zdobędę wszystko.
Jak potem się okazuje życie łatwo i w pięknym stylu daje nam w dupę.
Miłość nie zawsze okazuje się być na tyle wystarczająca by wszystko zwyciężyć, szczerość popłaca tylko wtedy gdy komuś słodzisz, w innym przypadku wiecznie dostajesz po dupie, z rodziną nie raz masz ochotę stanąć tylko na zdjęciu, a swoją odwagą, uporem i pracą odsłaniasz tylko swoje słabości i każdy w ten sposób może wykorzystać to do swoich celów.
Czy nadal warto kierować się tymi wytycznymi ... chyba nie potrafię inaczej ...
Czasem jak wątpię w te wartości, pomocne przychodzą mi pewne piosenki, które stawiają mnie na nogi:
Mam takie ulubione, które wiernie odzwierciedlają moja osobowość i myśli, i wtedy wiem że nie jestem sama ...
Choć na prawdę nie nie łatwo jest w życiu kierować się zasadami ... Nie łatwo jest być uczciwym w świecie gdzie każdy najchętniej zjadł by cię na śniadanie, nie łatwo jest być sobą w świecie gdzie każdy gra piękne role by potem podłożyć ci kłodę pod nogi lub nóż wbić w plecy.
Nienawidzę dwulicowości, brzydzę się kłamstwem, którym karmią mnie ludzie prosto w oczy i myślą, że tego nie nie widać - Uwierz jestem rewelacyjnym obserwatorem mimo całej mojej błazenady.
Powoli uczę się tego przyklejonego uśmiechu i świetnego humoru by stworzyć sobie tarcze anty-uderzeniową, tak by nikt nie mógł więcej w moje Ja ingerować ...
Nigdy nie sądziłam, że kiedyś dojdę do punktu gdzie będę musiała bronić własnego jestestwa by nie zagubić się w tym morzu kłamstw, nieszczerości i intryg. Zawsze obrywałam za swoją szczerość i za zasady i chyba tak będzie do końca, bo kurcze..nie potrafię chyba zamknąć gęby, gdy dzieje się coś złego, gdy komuś dzieje się krzywda lub gdy ktoś przypina do mnie sytuacje lub słowa których nie było. Nie potrafię zamknąć oczu na rzeczy ważne, których ludzie nie widzą ....lub udają, że nie widza, bo cholera nie wierzę że są tak zaślepieni własnym egocentryzmem., Nie potrafię też przejść obok i nie powiedzieć dobrego słowa gdy widzę i czuję podziw.
Życie nauczyło mnie by rzeczy dobre i złe mówić od ręki, Nie czekać do jutra, bo jutra może nie być ...
Nie zawsze mi niestety to wychodzi .... szczególnie jeśli chodzi o bliskich. Nie zawsze potrafię przystanąć i powiedzieć że jestem dumna, że kocham, że dziękuje, przepraszam ... to trudne a zarazem takie proste i oczywiste.
Ważne, że mam tego świadomość i nad tym pracuję ...
Choć zawsze łatwiej otworzyć się przed kimś obcym niż bliskim, z kolei przez to Ci Obcy automatycznie są nam bliscy, ot paradoks taki :-) Czasem nawet przeradza się to w całkiem wartościowe przyjaźnie: - * (z góry pozdrawiam tą obcą;) a bliską już :)
Coraz częściej też myślę by zniknąć stad, z TEGO MIEJSCA - zbyt dużo znanych mi osób tu mnie odwiedza, zbyt wiele osób może wykorzystywać to przeciwko mnie - To jest zawsze nierówna walka - ty wiesz o mnie dużo - ja nic :-)
Odkąd mam świadomość, że jest tu sporo znajomych ludzi nie potrafię być z Wami szczera na 100%, nie napisze tu na pewno o wielu sprawach, o których bym chciała.
Myślę nad tym jak to pogodzić, i zapewne powstanie blog drugi, całkowicie anonimowy, a osoby które znam stąd i które będą chciały mi towarzyszyć na pewno się do mnie odezwą by podać im namiary na nowe miejsce. Ten blog oczywiście będzie aktywny, natomiast rzeczy osobiste , których nie chciałabym ujawniać będą na innym blogu :-) No chyba że macie jakieś inne sugestie?
Jaśka rozbolało ucho, wiec dla pewności zostaliśmy w domu i niestety nie pójdę dziś odwiedzić bliskich mi osób, które już odeszły, ale wcale nie oznacza to że w dniu dzisiejszym nie myślę i nie nie łączę się w modlitwie.
Dziś też doszłam do wniosku, do którego dochodziłam już wiele razy, że żyjemy zbyt szybko i za wiele nam umyka, zbyt wiele na prawdę ważnych rzeczy. Wydaje się nam, że bliscy zawsze będą obok, że nasze dzieci zawsze będą małe, że świat będzie zawsze taki sam ... Jak bardzo się niestety mylimy..ja się mylę ... bo tak na prawdę nie zwracam na to w ogóle uwagi.
Dużo czasu przecieka mi przez palce nawet nie wiadomo nad czym ...
Nie potrafię nawet powiedzieć gdzie umykają te minuty, ale na pewno nie jest to coś produktywnego ...
Zapomniałam już te zasady, które wyznaczyłam sobie dawno temu, te wartości których trzymałam się kurczowo by nie zagubić się w tym zawistnym świecie.
MIŁOŚĆ, SZCZEROŚĆ, RODZINA, WIARA, ODWAGA,UPÓR I PRACA. kolejność przypadkowa.
Zawsze wierzyłam że miłość wszystko przezwycięży, że dzięki szczerości zdobędę szacunek do samej siebie i inni nabędą też do mnie, że najważniejszą będzie dla mnie rodzina, Bóg zawsze stał na czele, natomiast odwagą, uporem i ciężka pracą zdobędę wszystko.
Jak potem się okazuje życie łatwo i w pięknym stylu daje nam w dupę.
Miłość nie zawsze okazuje się być na tyle wystarczająca by wszystko zwyciężyć, szczerość popłaca tylko wtedy gdy komuś słodzisz, w innym przypadku wiecznie dostajesz po dupie, z rodziną nie raz masz ochotę stanąć tylko na zdjęciu, a swoją odwagą, uporem i pracą odsłaniasz tylko swoje słabości i każdy w ten sposób może wykorzystać to do swoich celów.
Czy nadal warto kierować się tymi wytycznymi ... chyba nie potrafię inaczej ...
Czasem jak wątpię w te wartości, pomocne przychodzą mi pewne piosenki, które stawiają mnie na nogi:
Mam takie ulubione, które wiernie odzwierciedlają moja osobowość i myśli, i wtedy wiem że nie jestem sama ...
Choć na prawdę nie nie łatwo jest w życiu kierować się zasadami ... Nie łatwo jest być uczciwym w świecie gdzie każdy najchętniej zjadł by cię na śniadanie, nie łatwo jest być sobą w świecie gdzie każdy gra piękne role by potem podłożyć ci kłodę pod nogi lub nóż wbić w plecy.
Nienawidzę dwulicowości, brzydzę się kłamstwem, którym karmią mnie ludzie prosto w oczy i myślą, że tego nie nie widać - Uwierz jestem rewelacyjnym obserwatorem mimo całej mojej błazenady.
Powoli uczę się tego przyklejonego uśmiechu i świetnego humoru by stworzyć sobie tarcze anty-uderzeniową, tak by nikt nie mógł więcej w moje Ja ingerować ...
Nigdy nie sądziłam, że kiedyś dojdę do punktu gdzie będę musiała bronić własnego jestestwa by nie zagubić się w tym morzu kłamstw, nieszczerości i intryg. Zawsze obrywałam za swoją szczerość i za zasady i chyba tak będzie do końca, bo kurcze..nie potrafię chyba zamknąć gęby, gdy dzieje się coś złego, gdy komuś dzieje się krzywda lub gdy ktoś przypina do mnie sytuacje lub słowa których nie było. Nie potrafię zamknąć oczu na rzeczy ważne, których ludzie nie widzą ....lub udają, że nie widza, bo cholera nie wierzę że są tak zaślepieni własnym egocentryzmem., Nie potrafię też przejść obok i nie powiedzieć dobrego słowa gdy widzę i czuję podziw.
Życie nauczyło mnie by rzeczy dobre i złe mówić od ręki, Nie czekać do jutra, bo jutra może nie być ...
Nie zawsze mi niestety to wychodzi .... szczególnie jeśli chodzi o bliskich. Nie zawsze potrafię przystanąć i powiedzieć że jestem dumna, że kocham, że dziękuje, przepraszam ... to trudne a zarazem takie proste i oczywiste.
Ważne, że mam tego świadomość i nad tym pracuję ...
Choć zawsze łatwiej otworzyć się przed kimś obcym niż bliskim, z kolei przez to Ci Obcy automatycznie są nam bliscy, ot paradoks taki :-) Czasem nawet przeradza się to w całkiem wartościowe przyjaźnie: - * (z góry pozdrawiam tą obcą;) a bliską już :)
Coraz częściej też myślę by zniknąć stad, z TEGO MIEJSCA - zbyt dużo znanych mi osób tu mnie odwiedza, zbyt wiele osób może wykorzystywać to przeciwko mnie - To jest zawsze nierówna walka - ty wiesz o mnie dużo - ja nic :-)
Odkąd mam świadomość, że jest tu sporo znajomych ludzi nie potrafię być z Wami szczera na 100%, nie napisze tu na pewno o wielu sprawach, o których bym chciała.
Myślę nad tym jak to pogodzić, i zapewne powstanie blog drugi, całkowicie anonimowy, a osoby które znam stąd i które będą chciały mi towarzyszyć na pewno się do mnie odezwą by podać im namiary na nowe miejsce. Ten blog oczywiście będzie aktywny, natomiast rzeczy osobiste , których nie chciałabym ujawniać będą na innym blogu :-) No chyba że macie jakieś inne sugestie?
środa, 28 października 2015
Tak wiele nas przytłacza.
![]() |
| źródło internet |
Wiem, wiem, że piszę bardzo sporadycznie, ale nie chce robić nic na siłę - albo inaczej - na szybko po macoszemu byle tylko napisać.
Czas na prawdę bardzo szybko płynie. Sama nie ogarniam ile dni mi umyka i ile tygodni. Każdy dzień przypomina ten poprzedni a jedna wszystko w okół się zmienia. Widać to chociażby po pogodzie, która z pięknego lata przeszła nam w typową polską jesień... Nie ukrywam, nie mam kiedy zachwycać się pięknem jesieni, nie mam czasu przystanąć choć na moment by cieszyć się z poranka czy długich wieczorów jak było to kiedyś.
niedziela, 4 października 2015
Codzienność....
Te dwa tygodnie od ostatniego wpisu minęły mi tak szybko, że umknął mi jeden z tych tygodni i byłam święcie przekonana że minął dopiero tydzień.
Praca pochłania ze mnie tyle energii, że mój organizm szwankuje i traci na odporności, co objawiło się jakimś choróbskiem, którego nie mogę wytępić.
Praca pochłania ze mnie tyle energii, że mój organizm szwankuje i traci na odporności, co objawiło się jakimś choróbskiem, którego nie mogę wytępić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































